III Rzesza Niemiecka

W zdrowym ciele, zdrowy duch

Znakomity Niemiecki biochemik doktor Otto Warburg udowodnił, że nowotwory nie mogą powstać w środowisku zasadowym (alkalicznym) i za to przełomowe odkrycie, Warburg otrzymał w 1931 roku medyczną nagrodę Nobla. Odkrycie Warburga potwierdza fakt, że dieta wegetariańska jest najlepszym sposobem na zabezpieczenie się przed powstawaniem nowotworów i innych chorób, ponieważ takie pokarmy roślinne jak szpinak, jabłka, papryka, pomidory, cebula, owoce cytrusowe i migdały, po przetrawieniu nadają krwi odczyn ph zasadowy, który bardzo skutecznie chroni organizm przed rozwojem nowotworów.

Natomiast produktem ubocznym procesu trawienia mięsa i pokarmu pochodzenia zwierzęcego np. nabiału, są kwasy w następstwie czego, w zakwaszonym organizmie warunki do rozwoju komórek rakowych są idealne i najczęstszą chorobą osób, które spożywają duże ilości mięsa, jest nowotwór układu pokarmowego, czyli rak jelita grubego. Coraz więcej też kobiet cierpi i umiera na raka piersi, co jest następstwem obżerania się słodyczami, bo praktycznie żadna kobieta nie odmówi sobie codziennej porcji słodkiego narkotyku w formie ciasta, czekolady lub lodów, a słodycze zakwaszają organizm równie dobrze jak mięso. Wprawdzie cukier jest wspaniałym nośnikiem energii, ale nie spalony metabolizuje się w organizmie w tłuszcz i kobiety drastycznie wówczas tyją.

Warto dodać, ze najsłynniejszym Niemieckim wegetarianinem był A. Hitler, który uchodzi również za największego antysemitę wszech czasów, ale ta propaganda nie trzyma wody, ponieważ Otto Warburg był pochodzenia żydowskiego i przez cały okres panowania Hitlera, Warburg kontynuował swoje badania i nie spotkał się z żadnymi szykanami ze strony tzw. złych nazistów.

Nie ulega wątpliwości, że gdyby naród Niemiecki wygrał II wojnę światową, to za sprawą spożywania zwykłego zdrowego pokarmu roślinnego, kondycja fizyczna oraz intelektualna całego człowieczeństwa, była by o wiele lepsza niż jest obecnie. Ponadto ludzie podróżowali by już dawno do gwiazd, ponieważ Niemcy mieli też genialnych naukowców z dziedziny aeronautyki, którzy podczas II wojny opracowali nie tylko pierwsze rakiety kosmiczne (V2), ale skonstruowali wręcz fantastyczny napęd anty-grawitacyjny. Po klęsce III Rzeszy, te i inne przełomowe odkrycia naukowe trafiły w ręce Amerykańskich i Rosyjskich żydów i zostały na zawsze utajnione.

Jesteśmy więc uziemieni w żydowskiej materialnej rzeczywistości, gdzie pieniądz jest Bogiem i najwięcej zysku przynoszą chorzy, aczkolwiek tajemnica dobrego zdrowia, a tym samym radykalna poprawa zdolności intelektualnych jest zawarta w pokarmie i w aptekach są dostępne papierki lakmusowe, którymi błyskawicznie możemy sprawdzić odczyn ph krwi lub moczu, i odpowiednio do wyniku testu zmodyfikować dietę. Samodzielna diagnoza stanu zdrowia jest zatem banalnie prosta i praktycznie nic nie kosztuje, w przeciwieństwie do zaleceń współczesnej medycyny, która celowo zatruwa ludzi syntetycznymi i drogimi lekami, aby podtrzymywać chorych np. na raka jak najdłużej przy życiu i zabijać ich jeszcze wolniej w szpitalach radioterapią lub chemoterapią.

Niemniej jednak, lekarstwo na wszystkie choroby matka ziemia już dawno urodziła, i eliksir zdrowia fizycznego oraz duchowego znajduje się na wyciągniecie dłoni w sklepie w dziale z warzywami i owocami. Lecz zdrowi na ciele ludzie są niebezpieczni dla systemu finansowego, ponieważ ich mózgi błyszczą wówczas intelektem i żydzi mają z mądrym i zdrowym narodem Niemieckim złe doświadczenie wobec tego, jesteśmy dosłownie tuczeni i ogłupiani trucizną w formie fast food i tym podobnej padliny, której nawet głodny pies by nie zjadł.

A.F. Ossendowski (1876-1945)

4f5a1118fcb36739114e6d787e0223d4Antoni Ferdynand Ossendowski (ur. 27 maja 1876 w Lucynie w guberni witebskiej w Rosji, zm. 3 stycznia 1945 w Żółwinie koło Milanówka). Jedna z najbardziej zagadkowych postaci polskiej literatury, człowiek, który przez swoje długie życie był pisarzem, podróżnikiem, szpiegiem, dziennikarzem, uczonym, żołnierzem, działaczem politycznym, anty komunistą i poliglotą władającym biegle 8 językami, wykładowcą kilku wyższych uczelni, członkiem Akademii Francuskiej i prezesem Towarzystwa Literatów i Dziennikarzy, pozostaje w całkowitym zapomnieniu. Kto z ludzi urodzonych po wojnie pamięta Ossendowskiego – polskiego pisarza, który ukrył skarby mongolskich mnichów? Przed wojną książki Ossendowskiego robiły prawdziwą furorę, a jego sensacyjna książka „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów” była autentycznym światowym bestsellerem. Wydawano ją 142 razy i przełożono na 19 języków.

Kiedy Ferdynand Antoni Ossendowski wkroczył na literackie salony międzywojennej Polski, był już człowiekiem dojrzałym i mocno doświadczonym przez życie. Przeżył rewolucję w Rosji i brał udział w wojnie domowej po stronie białych. Sam z pewnością nie zdawał sobie sprawy, jak te wydarzenia zaważą na jego życiu, a raczej na śmierci. O tym bowiem będziemy mówić – o śmierci dziwnej i zagadkowej, o śmierci, która dokonała się zgodnie z przepowiednią, jak w antycznej tragedii.

oss2Przyjrzyjmy się jednak faktom: wybucha rewolucja w Rosji, Ossendowski, geograf i przyrodnik, absolwent Uniwersytetu w Petersburgu i paryskiej Sorbony, wyrusza na Wschód. Jest uczonym, pasjonatem, którego interesuje Centralna Azja, a szczególnie Mongolia. Tam przeżywa pierwszą metamorfozę – jeden obrót koła historii i dwóch rosyjskich oficerów przemieniło uczonego w awanturnika i żołnierza. Wobec wydarzeń takich jak rewolucja nie sposób przyjąć biernej postawy. Jest się za albo przeciw. Ossendowski był przeciw.

Na początku pobytu w Azji los zetknął go z postacią dziwną i tragiczną – z admirałem Kołczakiem. Został doradcą jego armii i członkiem utworzonego przez niego rządu. Kiedy bolszewicy rozbili tę armię i zlikwidowali rząd, Ossendowski przedostał się przez granicę mongolską i postanowił przemierzyć Azję Centralną, aby dostać się do brytyjskich posiadłości na południu kontynentu. W Mongolii spotkał barona majora Romana Ungern von Sternberg, bałtyckiego Niemca w służbie rosyjskiej, który zafascynowany kulturą Wschodu postanowił zrealizować fantastyczny i utopijny plan stworzenia wielkiego państwa mongolskiego, na którego czele wzorem Tamerlana czy Czyngis-chana stanąć miał on sam. Wbrew faktom i zdrowemu rozsądkowi Ungern von Sternberg ogłosił się chanem Mongolii.

Ossendowski doskonale znający geografię i miejscowe języki został jego zaufanym politycznym doradcą, ekspertem i osobistym powiernikiem. Polskiemu pisarzowi, „profesorowi” – jak nazywano go w oddziale – powierzono tajną misję nawiązania kontaktów z Pekinem, Japonią, a nawet z USA. Czy misja się powiodła? Nie wiemy, szczegóły i okoliczności tych wydarzeń do dziś pozostają tajemnicą. Równie tajemnicze są losy legendarnego carskiego skarbu przekazanego pod opiekę Ungerna przez generała Kołczaka. Skarb stanowiący kasę białej armii, dodatkowo uzupełniony przez lamaickie dobra i kosztowności z buddyjskich klasztorów, zniknął ukryty gdzieś w stepach Mongolii. Gdzie? Nie wiadomo.

un1Ungern von Sternberg być może był szalony, ale nie na tyle, by nie spostrzec, że nadchodzące czasy należą do bolszewików, a nie do niego. Zagarnięte złoto chciał wywieźć za granicę. Ossendowski, który pojawił się w oddziale, był dla niego cieniem nadziei, nadziei na uratowanie życia i skarbów. Znajomość geografii i miejscowych języków to była wiedza, której baron von Sternberg potrzebował najbardziej; dzięki niej chciał wydostać się z Azji. Niestety nie przemyślał do końca swoich posunięć. Z natury okrutny i najprawdopodobniej obłąkany zrażał do siebie wszystkich i ryzykował życie własne i podwładnych. Zgubiła go pycha. Ogłoszenie się chanem Mongolii to było dla czerwonej Rosji stanowczo za dużo. Bolszewicy wytropili i schwytali barona. Został osądzony i rozstrzelany w 1921 roku. Po jego śmierci wszyscy byli zgodni co do tego, kto zna losy skarbów – Ferdynand Antoni Ossendowski. On sam stanowczo temu zaprzeczał, mimo że pojawili się świadkowie twierdzący, jakoby von Sternberg polecił Ossendowskiemu ukryć złoto.

Po rewolucji i wojnie Ferdynand Ossendowski znalazł się w Polsce. Tu nastąpiła jego następna metamorfoza – został pisarzem i dziennikarzem. Sprawa ukrytego w Mongolii złota pozostawała na marginesie jego życia, przemieniona w pół bajkę, pół sen. Sam Ossendowski nigdy nie powracał w rozmowach do tamtych czasów, niekiedy tylko wspominał o tym, że lama w jednej z wiosek przepowiedział śmierć jego i Romana Fiodorowicza. Ungern miał żyć jeszcze szesnaście tygodni, a on – Ossendowski – miał umrzeć dopiero wtedy, kiedy baron mu o tym przypomni. Była to anegdota, zabawna historyjka do opowiadania znudzonym damom. Pisarz żartował, że będzie żył wiecznie.

W czasie wojny Ossendowski opuścił Warszawę i zamieszkał w dworku państwa Witaczków w Żółwinie. Prawdopodobnie stało się to już podczas walk powstańczych w 1944 roku. Od tej chwili życie Ferdynanda Antoniego Ossendowskiego zamieniło się w wielką zagadkę. Ossendowski – człowiek w sile wieku, ale zmęczony życiem i schorowany, czeka na śmierć. Przed żółwiński dworek pełen uciekinierów z płonącej Warszawy zajechała pewnego dnia pokryta ochronnym brezentem limuzyna. Z samochodu wysiadł młody oficer w stopniu porucznika, wszedł na ganek i zapytał o Ossendowskiego. Potem się przedstawił. – Nazywam się Ungern von Sternberg – powiedział. Następnego dnia, 3 stycznia, Ferdynand Antoni Ossendowski zmarł na skutek poważnych dolegliwości żołądka.

Dwa tygodnie później Armia Czerwona wkroczyła do Warszawy. W nocy z 17 na 18 stycznia przed żółwiński dwór podjechało kilka samochodów z funkcjonariuszami NKWD. Teren otoczono, a mieszkańców wyciągnięto z łóżek i wyprowadzono na zewnątrz. Rosjanie z bronią gotową do strzału wtargnęli do środka. Przeszukali wszystkie pomieszczenia od strychu po piwnice.

Gdzie wróg ludu Ferdynand Antoniewicz Ossendowskij? Nu kak eto, jewo niet? Przerażeni mieszkańcy wyjaśniali, że niedawno zmarł i jest pochowany na milanowskim cmentarzu. Rosjanie nie wierzyli, ale pozostawiając kilku swoich, ruszyli sprawdzić informację, zabierając ze sobą ściągniętego z łóżka grabarza. Za pomocą kilofów i łopat niemałym wysiłkiem rozkopano przemarzniętą na metr ziemię, wyciągnięto trumnę i odbito wieko. Najstarszy stopniem oficer wyciągnął ze skórzanej raportówki zdjęcie pisarza i z uwagą przyglądał się nieboszczykowi. Aby mieć pewność, sprowadzono siłą dentystę i po dokonaniu identyfikacji i wykonaniu serii fotografii kazano zamknąć wieko i zasypać mogiłę. Niezadowoleni enkawudziści odjechali z niczym, a tajemnica skarbu szalonego barona pozostaje do dziś niewyjaśniona. (Michał Radoryski)

Aharta to kraina w głębinach ziemi, której mieszkańcami są spadkobiercy Atlantów – tak mówią o nich apokryfy tybetańskich lamów. W swojej książce „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów” Ferdynand A. Ossendowski przytacza rozmowę z jednym z lamaickich mnichów:

zh66x

[…] W tym miejscu książę Czułtun – Bejle dodał:
– Jest to państwo Aharty. Rozciąga się ono przez wszystkie podziemia świata. Słyszałem jednego uczonego kanpo z Chin, opowiadającego, że podziemia Ameryki są zamieszkane przez starożytny lud, który ukrył się pod powierzchnią ziemi. Tymi podziemnymi ludami rządzą obrani przez nich królowie, którzy najwyższą władze i kierownictwo przyznają Władcy Świata. Czyż jest w tym coś dziwnego? Czyż wy, Europejczycy, nie wiecie, że w oceanie Zachodu [Ocean Atlantycki] była olbrzymia ziemia, która znikła w otchłani wraz z miastami i ludźmi?! Znikała jednak stopniowo. Ludzie więc potrafili uratować się przechodząc do podziemi. W głębi jaskiń pała osobliwy ogień, przy świetle którego proso i jarzyny wydają obfite urodzaje, a życie staje się długie i bezbolesne. […]

Dalej zaś Ossendowski pisze: Bibliotekarz długo szperał na półkach z foliałami i zwojami bibuły, aż wreszcie wyjął jedną księgę i zaczął uważnie przewracać jej karty.

31a01-5149303223944881764

– Niech pan posłucha! – szepnął. – Przez cały rok Władca Świata kieruje pracami pandita i goro w Aharty. Czasami, w chwilach jemu tylko znanych, oddala się do najgłębszej świątyni, gdzie w trumnie z czarnego agatu złożone są balsamowane zwłoki poprzedniego władcy. Gdy do tej zawsze ciemnej jaskini wchodzi Brahytma, na ścianach zapalają się znaki ogniste, na grobie zjawia się płomienny język. Natychmiast ukazuje się przy zwłokach czarna postać najstarszego goro z zasłoniętą twarzą i z rękami, ukrytymi pod płaszczem. Ten goro nigdy nie ukazuje swego oblicza i głowy, bo jest to głowa szkieletu o żywych oczach i mówiącym języku. Włada on możnością łączenia się z duszami zmarłych, a nosi imię Marzy, co znaczy – książę śmierci…

Władca świata zaczyna się modlić, później zaś zbliża się do grobu i wyciąga do niego ręce. Wówczas znaki ogniste wznoszą się wyżej. Płomienie na ścianach i sklepieniach jaskini gasną i znowu się zapalają, przeplatają się i drżą, tworząc znaki tajemniczej pisowni waten. Z trumny zmarłego władcy zaczynają wypływać i kołysać się w powietrzu strugi przezroczystego światła, ledwo dostrzegalnego. Są to myśli zmarłego. Po chwili postać żyjącego władcy spowita jest tymi strugami, a znaki ogniste układają inne wyrazy, mówiące o woli Boga. Brahytma w takiej chwili łączy się niewidzialnymi więzami z duszami ludzi, którzy mają wpływ na losy i życie całej ludzkości: królów, chanów, arcykapłanów, wodzów i uczonych; poznaje ich myśli i zamiary. Jeżeli są one zgodne z wolą Boga, Władca Świata dopomoże im potęgą swojej wiedzy, jeżeli zaś te plany są wrogie Bogu, doprowadzi je do zguby. Tę siłę dała Wielkiemu Nieznanemu najwyższa magiczna nauka – Om, której nazwą rozpoczynamy wszystkie nasze modlitwy. Om – jest to imię starożytnego człowieka świętobliwego, pierwszego goro, który poznał Boga i nauczył ludzkość radości, wiary, nadziei i miłości. On też oddzielił dobro od zła i pierwszy rozpoczął walkę ze złem. Za to Bóg dał mu poznanie nauki, którą ludzie zowią Om.

Gdy Władca skończy niemą rozmowę ze zmarłym, zwołuje wielką radę Boga i poddaje jej sądowi czyny i zamiary ludzi, wspomaga je lub niszczy, a Mahytma i Mahynga znajdują dla nich miejsce w łańcuchu przyczyn i celów, kierujących światem. Po skończonej Radzie, Władca Świata wstępuje do świątyni i pogrąża się w samotnej modlitwie. Na ołtarzu zapala się wielki ogień, stopniowo ogarniający cały ołtarz, a z płomieni tworzy się oblicze Boga. Władca Świata przedstawia mu wyroki rady Boga i otrzymuje wskazówki od Wszechmocnego. Gdy Brahytma powraca ze świątyni, podobny jest do promiennego widma, przed którym gaśnie słońce.

– Czy ktoś z żyjących widział Władcę? – zapytałem.
– Tak! – odparł lama. […]
– Gdzieś na północy istnieje jeszcze wymierający szczep, który przed wiekami opuścił Aharty. Kapłani tego szczepu posiadają władzę nad duchami, unoszącymi się w powietrzu.

Lama umilkł, a po chwili, odpowiadając na moje myśli, ciągnął dalej:
– W Aharty panditowie zapisują na tabliczkach z agatu i nefrytu całą naukę, istniejącą pod ziemią, na ziemi i na dalekich gwiazdach. Chińscy uczeni – buddyści wiedzą o tym. Ich nauka jest najdonioślejsza z nauk ludów, żyjących na powierzchni ziemi. Dlatego co 100 lat na odosobnionym brzegu morza zbiera się stu chińskich mędrców, do których przypływają stare żółwie żyjące po 8000 lat. Na ich tarczach mędrcy notują wszystkie wyniki nauki w ciągu ubiegłego stulecia, potem żółwie powracają do Aharty.

Podczas jednego z takich spotkań, mędrzec Lo Shu otrzymał wiedzę o Magicznym Kwadracie.

1 2

Każde poziome, pionowe oraz ukośne zsumowanie cyfr z magicznego kwadratu, daje liczbę 15. Po środku chiński kwadrat magiczny narysowany przez nieznanego Tybetańskiego artystę. W centrum ilustracji znajduje się okrągła wersja kwadratu z napisami liczb w języku Tybetańskim. Figury zwierzęce przedstawiają dwanaście Chińskich znaków zodiakalnych, natomiast osiem czarnych przerywanych i ciągłych kresek na obrzeżach rysunku, to starochiński koncept filozoficzny, według którego siły przyrody można uprościć do ośmiu podstawowych elementów, reprezentowanych przez tzw. trygramy. Na zdjęciu po prawej, święta góra Kajlas.


Według legend i mitów Tybetańskich, gdzieś w wysokich Himalajach znajduje się wejście do świata wewnętrznego, zaś wnoszący się na wysokość 6714 m. n.p.m. szczyt Kajlas, jest świętą górą wyznawców czterech głównych religii dalekowschodnich: hinduizmu, buddyzmu, dżinizmu oraz bön. Hindusi wierzą, że góra Kajlas jest siedzibą boga Śiwy, który przebywa w jej wnętrzu w stanie metafizycznej medytacji (hibernacji). Bardzo zbliżone legendy odnośnie śpiących w skałach królach bądź rycerzach spotykamy w całej Europie i na myśl przychodzi nasz polski Giewont. Można zatem spekulować, że bóg Śiwa strzeże bramy do wnętrza ziemi znajdującej się w górze Kajlas.

W Sanskrycie słowo Kajlas oznacza kryształ, ponadto u podnóża góry znajdują się źródła wielkich rzek Azji: Indusu i jego dopływu Satledz oraz Brahmaputry. Pomimo stosunkowo niewielkiej wysokości w porównaniu z innymi himalajskimi kolosami w pobliżu, Kajlas uszanowano do tego stopnia, że w oficjalnych danych nie odnotowano żadnego jej zdobycia.

Wybitny alpinista Reinhold Messner, otrzymał od władz chińskich pozwolenie na zdobycie szczytu w połowie lat 80–tych XX wieku, ale odmówił i być może kierował się przekazami Tybetańskimi, które mówią, że na szczyt może wejść tylko człowiek wolny od grzechu ? Inny znany alpinista Austriak Herbert Tichy, nosił się z zamiarem wejścia na Kajlas w 1936 roku, ale po zapoznaniu się z powyższym ostrzeżeniem również zdecydował się nie kusić losu.

Kajlas jest zatem najświętszą górą na ziemi, zaś nieopodal szczytu znajduje się także czczone przez wyznawców hinduizmu i buddyzmu święte jezioro o nazwie Manasarowar, czyli jezioro Umysłu, nad którym w tajemniczy sposób pojawił się w 5 wieku p.n.e. Budda.

W Tybetańskiej mitologii i folklorze, kluczową rolę odgrywa tajemniczy i nieuchwytny człowiek śniegu potocznie zwany „Yeti”, i być może jest on produktem bujnej fantazji tubylców, ewentualnie nieznanym gatunkiem małpy lub niedźwiedzia aczkolwiek, niektórzy himalaiści podczas wspinaczek, natrafili na pokaźnych rozmiarów odciski stóp człekokształtnej istoty. Podobno Yeti żyje na wysokości ponad 5000 m n.p.m., w miejscach odludnych, pokrytych wiecznym śniegiem i w większości dotąd nie zbadanych, w których nie występuje żadne pożywienie roślinne i zwierzęce.

Sądzę że Yeti naprawdę istnieje i zagadkę jego pochodzenia oraz miejsca zamieszkania, można rozwiązać biorąc pod uwagę brak pokarmu w wysokich górach Himalajskich, i ten bardzo istotny szczegół wskazuje, że domem Yeti są wnętrza gór, a dokładnie podziemny świat Agharty, bo jak książę Czułtun – Bejle wspominał: „W głębi jaskiń pała osobliwy ogień, przy świetle którego, proso i jarzyny wydają obfite urodzaje, a życie staje się długie i bezbolesne”.

Region góry Kajlas jest pierwotnym centrum wyznawców religii Bon, i na długo przed pojawieniem się Buddyzmu, wyznawcy Bon hołdowali legendę, że Kajlas jest zbudowany w kształcie dziewięciu piętrowej swastyki i jest sklepieniem nieba, centralnym punktem ziemi oraz siedzibą największej siły duchowej znanej człowiekowi. Warto więc przypomnieć, że słowo swastyka pochodzi z sanskrytu i oznacza szczęście w związku z tym, ekspedycja naukowa III Rzeszy Niemieckiej w 1938 roku do tego regionu daje dużo do myślenia, bo symbolem Niemców była również swastyka.

W kulminacyjnym momencie II wojny światowej, doszło do bardzo tajemniczego wydarzenia z udziałem Tybetańczyków. Wkraczający do Berlina żołnierze armii Czerwonej, odkryli w jednym z domów ciała sześciu mnichów buddyjskich leżących w kole, po środku zaś leżał siódmy mnich, ale tego od reszty wyróżniały zielone rękawiczki na dłoniach. Wszystko wskazywało na to, że mnisi popełnili zbiorowe samobójstwo. Przez następne kilka tygodni w innych częściach miasta Rosjanie znajdują setki innych martwych mnichów Tybetańskich ubranych w mundury formacji zbrojnej SS.

Tyle z mitologii oraz historii odnośnie świętej góry Kajlas i na uwagę zasługuje zbliżony do piramidy kształt góry, a jak wiemy piramidy były wznoszone w każdych zakątkach ziemi. W jakim celu, trudno jest sprecyzować. Bardzo podobne formacje skalne, można spotkać również na Antarktydzie i jak niektórzy przypuszczają, Antarktyda jest oryginalną Atlantydą, która była kiedyś oazą życia, ale w skutek jakiś katastrofalnych zmian, pokryła się wiecznym lodem niemniej jednak, pod lodowcami znajdują się ponoć ruiny bardzo zaawansowanej antycznej cywilizacji. W kontekście Antarktydy pojawia się istotny wątek Niemiecki, ponieważ III Rzesza w 1938 roku, wysyła na Antarktydę ekspedycję i w Nowej Szwabii (obecnie ziemia królowej Maud), Niemcy zakładają bazę i prowadzą tajemnicze badania naukowe.

1 2Na zdjęciu obok jedna z rzekomych piramid znajdujących się na Antarktydzie i zachodzi pytanie, czy jest to dzieło inteligentnych istot, a może jednak siła natury stworzyła ten unikat geologiczny ? Błyskawiczne zlodowacenie niegdyś zielonego i tętniącego życiem kontynentu Antarktycznego, mogą potwierdzać zielono/błękitne formacje lodowe, które do złudzenia przypominają fale oceanu. Relatywnie niedawno, doszło zatem do gwałtownego ochłodzenia klimatu i zlodowacenia północnych oraz południowych regionów ziemi, i świadczą o tym znalezione na Syberii zamarznięte Mamuty. Naukowcy po bliższych oględzinach odkryli w paszczach mamutów, nie przeżutą świeżą trawę co może sugerować, że te bardzo odporne na niskie temperatury zwierzęta, zamarzały dosłownie w kilka sekund.

Antarktyczne i Arktyczne anomalie geologiczne i biologiczne rzucają nowe światło odnośnie dawnego ciepłego klimatu dzisiejszych polarnych regionów ziemi. Ale hipoteza nabierze głębszego sensu, gdy przypomnimy sobie, że największą podbiegunową północną wyspę Wikingowie nazwali Grenlandią (zielona wyspa), i zrobili to nie bez powodu, bowiem ci ludzie byli nie tylko odważni, ale praktyczni, dokładni i bardzo inteligentni i nazywali odkryte krainy od specyficznego ukształtowania terenu, występującej fauny bądź flory. Obfita zieleń tej ogromnej polarnej wyspy, z pewnością zaskoczyła Wikingów do tego stopnia, że dali jej nazwę Grenlandia i nie rosły tam zwykłe arktyczne porosty i mchy skalne, lecz konkretne lasy iglaste.

 

 

 

 

 

 

Silni w nogach

Ustrój komunistyczny jest powszechnie znienawidzony i przypisuje mu się najgorsze możliwe w większości zmyślone zbrodnie i okrucieństwa ponadto, winę za każdy kryzys lub zły stan gospodarki oraz ekonomii ponosi komunizm, choć nie istnieje już ponad ćwierć wieku i z pewnością nawet za 1000 lat komunizm będzie tradycyjnym kozłem ofiarnym i bardzo skutecznym narzędziem zastraszania bezmyślnych mas ludzkich. Rehabilitacja systemu komunistycznego jest zatem niemożliwa, ale miłość do przyrody wpoił mi właśnie ten rzekomo morderczy komunizm, bo dorastając w Polsce Ludowej, podczas zajęć wychowania technicznego w świeckiej szkole podstawowej, komuna nauczyła mnie posługiwania się młotkiem, piłą i wiertarką oraz innymi narzędziami warsztatowymi i wówczas, nawet dziewczynki potrafiły skonstruować proste przedmioty domowego użytku np. deski do krojenia mięsa, wieszaki na odzież, dzwonki elektryczne lub latawce i oczywiście karmniki. Starsze dziewczynki były oprócz tego uczone gotowania oraz szycia odzieży i dobrze pamiętam, jakie piękne stroje robiła moja siostra.

Mój zmysł techniczny oraz szacunek do przyrody jest zatem bezpośrednim rezultatem edukacji komunistycznej, ponieważ co roku na jesień na lekcjach wychowania technicznego budowaliśmy karmniki dla ptaków, zaś na wiosnę budki lęgowe. Karmniki zakładaliśmy wtedy obowiązkowo w każdej klasie i na lekcji biologii, dzieci z wielkim zaciekawieniem wpatrywały się w okna i każdy z nas potrafił zidentyfikować wiele gatunków dzikich ptaków. Poziom edukacji w komunistycznych szkołach był na bardzo wysokim poziomie, bowiem dzieci były naprawdę wszechstronnie uczone, aczkolwiek orłem nie byłem, lecz z ogromną nostalgią wspominam szkołę podstawową okresu komunistycznego i najbardziej utkwiły w mojej pamięci, zajęcia wychowania technicznego i budowa karmników.

Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci wobec tego, robię obecnie co mogę dla pomyślności tego kraju i ochrona przyrody jest moim przeznaczeniem, ale zanim zrozumiałem o co chodzi w życiu, to kilkanaście lat spędziłem na zachodzie w pogoni za pieniądzem i dopiero z wiekiem przyszła mądrość, która była wstępnie zaszczepiona w moim mózgu w okresie Polski Ludowej. Co prawda współczesne państwa zachodnie kojarzą nam się z wyzyskiem, mamoną, hipokryzją oraz wojnami i jest w tym wiele prawdy, lecz nie można im odmówić pieczołowitej ochrony przyrody i nawet zwykłe miejskie drzewa są bardzo zadbane i nikt nonszalancko ich nie ścina w związku z tym, ten przykład bardziej mi zaimponował niż bogactwo materialne zachodu, aczkolwiek miejmy na uwadze, że wysokie standardy życia na zachodzie są pochodną, bardzo przyjaznego stosunku tych społeczeństw do przyrody.

Stara gwardia wychowana w okresie komunistycznej Polski Ludowej niestety wymiera i choć oni sporadycznie coś jeszcze bezinteresownego dla przyrody zrobią, to współczesnych Polaków wychowanych w demokracji i kapitalizmie los dzikich zwierząt, drzew, lasów, łąk w zasadzie nie interesuje, ponieważ ochrona przyrody nie przynosi im osobistego zarobku finansowego. Rządy polityczne kraju są zatem odzwierciedleniem stanu świadomości przeciętnego Polaka w związku z tym, szczęście tego narodu stoi pod wielkim znakiem zapytania, bowiem wszystkie decyzje Polskich polityków cechują się skrajną krótkowzrocznością z naciskiem na zysk kosztem społeczeństwa, natomiast ochrona przyrody wymaga od ludzi bezinteresownej pracy i dopiero systematyczne, długoletnie zabiegi przyniosą oczekiwane wyniki.

Jeżeli władzę sprawują ludzie, którym przyświeca szlachetny cel poprawy stanu Polskiej przyrody, to wówczas można być pewnym, że ich altruizm w tej sprawie wpłynie na postęp ekonomiczny, gospodarczy i socjalny całego narodu. Polska Ludowa miała szczęście do skromnych i mądrych przywódców komunistycznych, którzy potrafili okiełznać i ukrócić  materialistyczne zapędy społeczeństwa i skierować ich zapał w budowę sprawiedliwej i pięknej ojczyzny. Mimo tego, że PRL zapewnił ludziom bezpieczeństwo socjalne, godną pracę i nasz kraj był wówczas potęgą gospodarczą, to jednak ludzie woleli zachodnie gadżety w formie coca coli, gumy do żucia, stu kanałów telewizyjnych i ostatecznie skrajny materializm pokonał zdrowy rozsądek w 1991 roku, w efekcie czego współczesny Polak na wielkie, majestatyczne drzewo, patrzy przez pryzmat metrów sześciennych drewna na opał, piękną sarnę lub dzika w lesie kojarzy ze smaczną pieczenią i kiełbasą, zaś łąkę usianą tysiącem cudownych dzikich kwiatów polnych uważa za nieużytek, który nie przynosi żadnego zysku w związku z czym, trzeba go koniecznie zaorać i zasiać zboże, ale miód każdemu smakuje i najlepszy pochodzi z tychże właśnie dzikich łąk.

Niestety absolutnie nic nie wskazuje na poprawę sytuacji i będzie już tylko gorzej w kwestii rzetelnej ochrony przyrody w tym kraju, ponieważ zajęcia techniczne zniknęły z programu nauczania i żaden chłopiec nie jest już w stanie zbudować  karmnika, natomiast dziewczynki nie potrafią przyszyć guzika, ale za to wszystkie dzieci potrafią recytować chrześcijańskie farmazony, bo miejsce bardzo praktycznych zajęć technicznych, zajęła obecnie edukacja katolicko/chrześcijańskich bredni, które głoszą, że człowiek musi podporządkować sobie przyrodę i czerpać z niej zysk, booo taka jest wola Pana. Ponadto aby nadgonić opóźnienie cywilizacyjne, Polacy nadgorliwie kopiują zachodni styl nauczania i wciskają małym dzieciom edukację homoseksualną, transseksualną, feministyczną i generalnie, przez ostatnie 26 lat demokracji, kapitalizmu i katolicyzmu, wykształciliśmy pokolenie zwykłych durniów, aczkolwiek bardzo silnych durniów, ponieważ w każdym Polskim mieście i wsi buduje się osiłkom umysłowym tysiące Orlików, żeby mogli trenować swoje mięśnie zamiast mózgów.

Priorytetem rządu Polskiego jest zatem budowa obiektów sportowych dla plebsu, aby masy mogły wyładować swoją energię kopaniem piłki, ponadto w każdej nawet najmniejszej dziurze zabitej dechami, władze organizują ludziom co kilka dni festyny muzyczne. Odwrócenie uwagi od istotnych problemów kraju sportem i festynami jest starą jak świat taktyką i społeczeństwo generalnie jest bardzo zadowolone z takiego stanu rzeczy, bowiem widok imponujących Orlików tworzy iluzję dobrobytu i ludzie twierdzą, że Polska idzie we właściwym kierunku i wkrótce osiągniemy zachodnie bogactwo materialne. Aczkolwiek sportem i festynami nigdy nie osiągniemy nawet ułamka procentu zachodniego dobrobytu, bowiem te sprawy nie świadczą o mądrości narodu, lecz wskazują na jego zmierzch. Najpierw trzeba zadbać o przyrodę i dopiero wówczas możemy mówić o jakimś postępie cywilizacyjnym i na tym zdrowym fundamencie, z pewnością zbudujemy pomyślną przyszłość dla swoich dzieci.

Wielu ludzi jest święcie przekonana, że są wielkimi obrońcami zwierząt z racji posiadania psa, co u kobiet jest bardzo powszechnym zjawiskiem i wówczas kochają psa jak członka rodziny, ale gdy pies zachoruje, zestarzeje się lub trzeba się przeprowadzić, to bez wahania psa porzucą lub zabiją zastrzykiem u weterynarza. Ponadto Polska zezwoliła na zabijanie zwierząt metodą koszerną, czyli rytualnym podcinaniem gardeł i jak tu wyperswadować odrobinę pokory wobec dzikiej przyrody, gdy codzienne tysiące zwierząt jest zabijanych w potwornych męczarniach i oprócz skromnego protestu, większość społeczeństwa przechodzi obok tego obojętnie ?

Na koniec warto przypomnieć bardzo istotny i mało znany niuans historyczny związany z koszernym zabijaniem zwierząt. III Rzesza Niemiecka zabroniła rytualnego żydowskiego katowania zwierząt już w latach 30 – tych ubiegłego wieku i do czasów współczesnych, większość państw zachodnich trzyma się tej szlachetnej reguły, natomiast katolicka Polska XXI wieku, w tej i w wielu innych kwestiach cofnęła się do ciemnego średniowiecza i żydowszczyzna we współczesnej Polsce dosłownie triumfuje, bo wiara narodu Polskiego w chrześcijańskie zabobony jest nieskruszona i absolutnie nic nie wskazuje na schyłek katolicyzmu w tym kraju.

Zachodnia Europa natomiast zmądrzała już jakieś 500 lat temu za sprawą Marcina Lutra, który w XVI wieku odciął Niemców od katolicyzmu, co poskutkowało kilkaset lat później porzuceniem przez społeczeństwa zachodnie religii chrześcijańskiej i ludzie doznali wówczas oświecenia umysłowego także w kwestii humanitarnego traktowania zwierząt i wszystkie współczesne inicjatywy ochrony przyrody, którymi tak bardzo się zachwycamy pochodzą głównie z Niemiec. Czynnik religijny jest zatem powodem wielu, jak nie wszystkich Polskich problemów i bestialski stosunek ludzi do zwierząt oraz przyrody jest z religią chrześcijańską ściśle powiązany.

Moja hipoteza o potędze żydowszczyzny w tym kraju jest jak najbardziej uzasadniona, ponieważ wystarczy spojrzeć co Polacy robią w wigilię – podobno święto narodzin Jezusa, ale raczej odnosi się do starego pogańskiego, Europejskiego święta narodzin życia ( światła ) po długiej ciemnej zimie i rozsądek mówi, żeby ten piękny dzień uczcić po ludzku i powstrzymać się chociaż raz w roku od zabijania zwierząt, ale Polacy rytualnie po żydowsku wciąż maltretują i zarzynają miliony karpi.

Ludzie tłumaczą sobie to pospolite barbarzyństwo na rożny sposób, jedni snują jakieś fantazje o Słowiańskiej tradycji, zaś drudzy bredzą coś o antycznej wierze ojców, a jeszcze inny segment społeczeństwa, wywodzący się ze środowiska starych i tępych katoli twierdzi, że ryby nie zaliczają się do świata zwierząt, bo przecież w piątek obowiązuje wstrzemięźliwość od potraw mięsnych i kościół pozwala spożywać ryby, ale czy katolik powiedział kiedykolwiek coś sensownego ? Jeżeli więc oskarżamy żydów za problemy kraju, to spójrzmy najpierw w lustro, ponieważ my jesteśmy ich siłą i nie obwiniajmy komunizmu, bowiem ten ustrój polityczny jest przeznaczony dla ludzi mądrych, a człowiek mądry to taki, który pozbył się iluzji chrześcijańskiego nieba i zwykłą, uczciwą pracą tworzy namiastkę raju dla swoich braci, tych mniejszych także, tu na pięknej, zielonej ziemi.