Wszystkie wpisy

Krótka analiza Odysei kosmicznej 2001

Czarny prostokątny obelisk z prologu filmu sc-fi pt. „2001: Odyseja kosmiczna”, symbolizował powolny wzrost intelektualny praczłowieka, natomiast współczesny odpowiednik obelisku z Odysei spełnia rolę odwrotną i mam na myśli małe, czarne prostokątne urządzenie elektroniczne, w formie telefonu komórkowego (smartphone), które reprezentuje szybki regres intelektualny ludzi, do poziomu bezmyślnych małpiszonów z proroczego filmu Kubricka.

Co za paradoks. Nazwa współczesnego urządzenia ogłupiającego, które prawie każdy człowiek na ziemi trzyma w dłoni i jest w nie wpatrzony cały dzień, zaczyna się w języku angielskim od słowa smart (mądry), ale po polsku telefon komórkowy też brzmi zabawnie i daje wiele do myślenia, bo z szarych komórek składa się mózg, którego u posiadaczy telefonów komórkowych jest coraz mniej.

Z moim wnioskiem, że telefon komórkowy ogłupia można się nie zgodzić, ale on robi coś jeszcze gorszego i zabija, ponieważ coraz więcej pieszych i kierowców zapatrzonych w ekrany telefonów komórkowych, ginie w wypadkach drogowych. Technologia wykończy zatem rasę ludzką i przekaz filmu staje się teraz jasny, gdyż głównym bohaterem filmu jest inteligentny komputer HAL 9000, który zamordował prawie całą załogę statku kosmicznego. Z filmu dowiadujemy się także, że HAL 9000 ma bliźniaczy model komputera na ziemi w związku z tym przypuszczam, że on sprowokował światową wojnę nuklearną i Dawid Bowman został jedynym inteligentnym homo sapiens w kosmosie.

 

Posłaniec Boga i płynny metal – Merkury

Zakup termometrów rtęciowych przez przeciętnych ludzi jest już niemożliwy i sprzedaż rtęci,  w internetowych sklepach z odczynnikami chemicznymi jest surowo zabroniona, ale nie jest to podyktowane troską o nasze zdrowie w razie zbicia się termometru i wylaniu paru kropel toksycznej rtęci na podłogę.

Wylanie na dywan kilku mililitrów rtęci zawartej w termometrze, nikomu krzywdy nie zrobi i takie przypadki zdarzały się w domach niezmiernie rzadko, ponieważ termometry rtęciowe były dość solidnie skonstruowane i trzeba by porządnie rzucić takim termometrem o podłogę, by się rozbił.

Rtęć jest jedynym metalem występującym w stanie płynnym w temperaturze pokojowej, ponadto ten osobliwy metal ma niesamowite własności elektryczne, które za sprawą zakazu handlu rtęci zostały utajnione, i na zawsze odebrano amatorom konstruktorom możliwość eksperymentowania i odkrycia nowej formy energii lub napędu. W kręgach twórców teorii spiskowych natknąłem się na hipotezę, która mówi o tym że Niemieckie pojazdy latające z końca II wojny światowej tzw. foo – fighters, czyli Hitlerowskie latające talerze osiągały fenomenalną szybkość i zwrotność, dzięki zastosowaniu napędu bazującego właśnie na rtęci.

Kwestię z hipotetycznymi Niemieckimi latającymi talerzami zostawię w spokoju i chciałbym omówić inną ciekawą własność rtęci o której usłyszałem w czasach komunistycznych, około roku 1981. Uczęszczałem wtedy do szkoły technicznej i prawdopodobnie któryś s z kolegów elektroników powiedział mi, że można radykalnie polepszyć odbiór fal radiowych przez radio wlewając rtęć do anteny, która jest najczęściej wykonana z cienkiej rurki aluminiowej i przypomina spłaszczoną literę O. Mowa jest o zwykłej antenie radiowej, czyli o dipolu.

Miałem wtedy akurat dość pokaźną ilość rtęci w domu i wziąłem się za konstrukcję anteny wspomaganej rtęcią. Eksperyment niestety mi nie wyszedł i o sprawie wkrótce zapomniałem. Od tamtego czasu minęło dziesiątki lat i o właściwościach rtęci znowu zacząłem niedawno myśleć, ponieważ na jednym z amerykańskim forum z teoriami spiskowymi, przeczytałem interesujący wpis w którym autor opisuje historię pewnego Rosjanina i jego anteny radiowej wypełnionej rtęcią.

Działo się to bodajże w latach komunistycznych w dawnym Związku Radzieckim i anonimowy bohater opowieści, był bardzo sfrustrowany słabym odbiorem stacji radiowych, a że mieszkał w małym Syberyjskim miasteczku, to wiadomości radiowe były jego jedynym źródłem informacji o świecie.

Na Syberii mieszkają geniusze w związku z tym, mężczyzna postanowił skonstruować antenę wypełnioną rtęcią, i po ponownym zamontowaniu anteny na dachu, ku swojemu wielkiemu zdziwieniu jego radio zaczęło odbierać stacje radiowe nadające z dalekiej Europy zachodniej. Radość mężczyzny nie trwała jednak zbyt długo, ponieważ kilka dni po uruchomieniu radia, do jego domu przyjeżdża oddział wojskowy i rekwiruje antenę oraz radio. Opowieść na tym się kończy i nie wiadomo czy mężczyzna został aresztowany lub ewentualnie zlikwidowany.

Nurtujące jest jednak pytanie, w jaki sposób wojsko dowiedziało się o antenie wypełnionej rtęcią, skoro w tamtych czasach rtęć była nawet w krajach komunistycznych produktem legalnym i stosunkowo łatwo dostępnym.

Prawdopodobnie siła ściągania fal radiowych przez jego prostą antenę była tak potężna, że zakłócała pracę wojskowych urządzeń nadawczo odbiorczych, lub wywiad wojskowy obawiał się że mężczyzna zacznie bliżej interesować się tajemniczymi właściwościami rtęci i odkryje, że rtęć można użyć do konstrukcji wręcz fantastycznego napędu pojazdów latających. Nowy i czysty napęd, którego sercem była by rtęć, gruntownie zrewolucjonizował by wówczas światowy transport i każdy inny aspekt naszej morderczej rzeczywistości.

Ale to są już moje osobiste spekulacje, lecz gdy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze i w tym przypadku o największe światowe fortuny, zdobyte z wydobycia i przeróbki ropy naftowej w paliwo napędzające świat, za które ludzie płacą krwią.

Rtęć zastosowana w napędzie zbliżyła by ludzkość do gwiazd i do samego Boga, ponieważ bóg we wszystkich antycznych religiach był utożsamiany z gwiazdą Słońcem.

Od najbliższej słońcu planety Merkury, pochodzi więc grecko-rzymska legenda o boskim posłańcu Merkurym i właśnie z tego  powodu, rtęć została nazwana w języku angielskim mercury. Warto nadmienić, że w potocznej angielskiej gwarze, na ten fascynujący metal mówi się quicksilver i w dosłownym tłumaczeniu oznacza szybkie srebro, od możliwości zwinnego latania przez mitycznego Merkurego.

Gwiazdor jest prawdziwą postacią

Na świecie istnieją już tylko trzy państwa, w których nie ma żydowskiego banku centralnego i jest to Kuba, Korea północna oraz Iran. Moim skromnym zdaniem Kuba długo nie pociągnie i władcy tego kraju, powoli przygotowują ekonomię i urabiają ludzi na przyjęcie pierwszych żydowskich pasożytów finansowych, natomiast los Korei północnej jest także przesądzony i pod naciskiem komunistycznych Chin, USA i Rosji w perspektywie kilku lat, w Korei północnej zacznie również funkcjonować żydowski bank centralny.

Korea północna oraz Kuba są małymi peryferyjnymi państwami, i żydom tak naprawdę nie śpieszy się z zainstalowaniem w nich swoich ludzi, natomiast strategicznie położony Iran, z ponad 80 milionową populacją stanowi realne zagrożenie dla żydowskich mafijnych interesów, ponieważ jeżeli naród Irański jest wolny od płacenia procentów (haraczu-lichwy) od pobieranych kredytów, i ten kraj jest stosunkowo zamożny, to przykład wolnego i suwerennego finansowo Iranu, może być zastosowany w szerokim świecie, a zwłaszcza w sąsiednich państwach muzułmańskich, które jeszcze niedawno prowadziły suwerenną politykę finansową w oparciu o tzw. bankowość islamską. W bankowości islamskiej, udzielanie kredytów na procent i drukowanie pieniędzy bez pokrycia w złocie bądź srebrze, jest surowo zabronione!.

Czas pokaże czy Iran wytrwa poważne sankcje gospodarcze, prowokacje oraz groźby wojny, ale mając na uwadze fakt, że kontrola własnej waluty w tej materialistycznej rzeczywistości jest prawdziwym skarbem, a naród Irański jest stary i mądry, to oni nigdy nie oddadzą żydom władzy nad swoim pieniądzem, bo to oznaczało by zniewolenie i de facto śmierć narodu.

Teraz już wiecie dlaczego na Iran trwa światowa nagonka i wściekłość żydów w stosunku do Iranu jest największa. Brak możliwości dyktowania Iranowi polityki finansowej, z pewnością doprowadza żydow do szału, i głównym powodem żydowskiej obsesji na punkcie Iranu, jest nieznany epizod z antycznej historii, który zwiastował koniec rajskiej egzystencji ludzi na Ziemi. Irańczycy są dalekimi potomkami Arian i tysiące lat temu, na terenie obecnych Chin i Syberii toczyli już wojnę defensywną, z żydowsko Chazarskim diabelskim nasieniem i wprawdzie Arianie zostali wówczas pokonani, ale żydzi są mściwi i nigdy nie darują narodowi Irańskiemu odwagi, z jaką ich Aryjscy przodkowie potrafili się bronić.

Struktury obronne Arian przetrwały do czasów współczesnych w formie tzw. wielkiego muru Chińskiego i jeszcze większych kamiennych wałów na Syberii. Mur został wzniesiony przez antycznych Arian, którzy po klęsce uciekali z Chin na północ i w trakcie wieloletniego odwrotu, Arianie budowali za sobą mury obronne i inne imponujące fortyfikacje. Warto dodać, że zanim doszło do inwazji i konfliktu, pokojowo nastawieni i genialni architekci Arianie, stawiali na całym obszarze Chin i Azji południowej ogromne piramidy.

Po przegranej wojnie Arianie rozeszli się po całej ziemi i niewielka ich grupa udała się na daleką północ do Arktyki, gdzie w okolicach bieguna północnego, odkryli wejście do bajkowej podziemnej krainy Agarthy, w której żyją w pokoju i dostatku do dnia dzisiejszego. Podczas wędrówki przez Syberię, Arianie zaobserwowali migrację stad reniferów na północ, co ich bardzo zainteresowało i doszli do wniosku, że trzeba iść za reniferami, ponieważ one instynktownie podążają w kierunku cieplejszych terenów, gdzie będzie więcej pokarmu roślinnego. Renifery tolerowały towarzystwo ludzi, ze względu na wegetariańskie zwyczaje pokarmowe Arian i Arianie stali się częścią wielkiego stada reniferów. Ludzie i zwierzęta żyli w symbiozie i pomagali sobie wzajemnie, w trudnej wędrówce przez lodowatą Arktykę, aż w końcu renifery wskazały Arianom wejście do Agarthy.

Po dojściu do celu, nastał czas pożegnania wiernych zwierzęcych przyjaciół, lecz więzy miłości pomiędzy ludźmi a reniferami były nie do rozerwania, a zwłaszcza dzieci bardzo kochały małe renifery i płakały na myśl o rozłące z nimi. W związku z tym, kilka młodych zwierząt udało się z dziećmi do Agarthy i wśród tych dzieci był mały chłopiec o imieniu Gwiazdor. Z wdzięczności za uzyskaną pomoc, Arianie obrali renifera za symbol swojej wspaniałej podziemnej cywilizacji.

Święty Mikołaj, czyli sympatyczny Gwiazdor lub jego rosyjski odpowiednik dziadek mróz, jest więc prawdziwą postacią i jest to jeden z mieszkańców Agarthy, który z nostalgii za życiem na powierzchni ziemi w towarzystwie wiernych reniferów, odwiedza sporadycznie ludzi, ale on kontaktuje się już tylko z czystymi duchowo małymi dziećmi.

Gwiazdor istnieje i pochodzi z Agarthy, ponieważ kojarzymy go z siłami nadprzyrodzonymi, ale najbardziej utkwił nam w głowach wizerunek gwiazdora, który przedstawia brodatego mężczyznę, o śnieżno białej karnacji skóry i niebieskich oczach, co wynika z przebywania organizmu z dala od palących skórę promieni słonecznych, jakie występują na powierzchni ziemi.

Umiarkowana iluminacja, a właściwie półmrok jaki panuje w Agarcie, przyczynił się do tego, że ciała ludzi nie wytwarzają ochronnej melaniny, która jest odpowiedzialna za brązowienie ciała i skóra mieszkańców Agarthy, jest biała jak kartka papieru. Źródło światła w podziemnym świecie, nie emituje fal ultrafioletowych i nie niszczy organizmów, przez co ludzie i zwierzęta żyją setki, a być może tysiące lat. Ucieczka Arian z powierzchni ziemi okazała się zatem błogosławieństwem, i exodus Arian można określić mianem – ucieczki z raju, do Nieba.

Światowe rządy wiedzą o istnieniu wejścia do podziemnej krainy szczęścia i dobrobytu w której przebywają wysoko zaawansowani duchowo i technologicznie Arianie, i dlatego też cały region Arktyki jest terenem zmilitaryzowanym. W związku z tym, dla zmylenia opinii publicznej USA, Kanada, Norwegia oraz Dania, prowadzą pozorną rywalizację militarną i ekonomiczną z Rosją w tym regionie, ale w rzeczywistości wszystkie te państwa wspólnie pilnują Arktykę przed niepowołanymi intruzami, którzy chcieli by uciec z żydowskiego piekła na powierzchni ziemi i dotrzeć do podziemnej Agarthy. Sprawa wygląda podobnie z południowym wejściem do Agarthy, i cały kontynent Antarktyczny znajduje się również pod kontrolą wojskową największych mocarstw światowych.

Kwestia kto z władców tego świata wie o istnieniu Agarthy, jest dość skomplikowana i jestem winien sprostowania. W strukturach światowych rządów, są świetnie zakonspirowani dobrzy ludzie – elity nad elitami, wywodzący się z kręgów naukowych, religijnych, politycznych i wojskowych, którzy w bardzo wyrafinowany sposób strzegą dostępu do Agarthy przed nami przeciętnymi ludźmi, albowiem dusza prawie każdego dorosłego człowieka, w mniejszym lub większym stopniu jest zatruta pieniądzem, chciwością i niewinnym zwierzętom wyrządzamy okropny ból.

Wszyscy jesteśmy już właściwie żydami, a tacy ludzie nie mają wstępu do boskiej podziemnej Agarthy, ponieważ w mgnieniu oka zamienili by idylliczne pokojowe życie, bez pieniądza, chorób i przelewu krwi, w taki sam koszmar jaki zgotowali sobie i zwierzętom na powierzchni. Patrzcie zatem głęboko w oczy małych dzieci i uważnie słuchajcie ich słów, bo przez nie przemawia prawda i miłość i coś bardzo ważnego odnośnie dzieci, powiedział już kiedyś brat Gwiazdora – Jezus.

Niech Twoje ciało będzie świątynią!

Każda religia posiada jakieś dziwne obyczaje, ale w katolicyzmie absurdów jest chyba najwięcej i dwa najważniejsze święta chrześcijańskie w Polskim katolickim wydaniu, przybrały formę czarnej komedii.

W naszym pięknym zielonym kraju, święto narodzin Jezusa polega niestety na zabijaniu zwierząt w tym przypadku ryb, natomiast święta Wielkanocne wiele nie odbiegają od krwawej Polskiej tradycji, ponieważ Polacy upamiętniają męczeńską śmierć Jezusa na krzyżu, wnosząc do kościołów koszyki wypełnione pokarmem, głównie pochodzenia zwierzęcego i na pierwszym miejscu figuruje kiełbasa lub kawał szynki. Ksiądz tą żywność poświęci i przez kilka dni świąt Wielkanocnych, ludzie od rana do wieczora jedzą ogromne ilości mięsiwa i zatruwają swoje ciała i rozumy.

Jezusa ukrzyżowano za wyrzucenie z synagogi handlarzy, spekulantów i zwykłych oszustów którzy zrobili z budynku sakralnego targ, i po raz pierwszy pacyfistyczny Jezus bardzo się wtedy zdenerwował. W związku z tym, Jezus powywracał stoły z pieniędzmi oraz towarami i z batem w dłoni wygonił hołotę ze świątyni. Jest 21 wiek i nowymi żydami są Polacy, którzy paradują tuż koło symbolicznych mogił Jezusa, z mięsem niewinnych zwierząt i proszą się o porządną karę, o wiele bardziej poważną w skutkach, niż zwykłe wyrzucenie bezmyślnego motłochu z kościołów.

Polacy praktykujący ten idiotyczny zwyczaj pogarszają swoje położenie, bo mogą zmusić Jezusa do ponownego przyjścia, a wtedy nie będzie przebaczenia.

Złote kopuły i energia z ziemi

W połowie 18 wieku, Holenderski fizyk i matematyk Pieter van Musschenbroek z Lejdy, wymyślił wczesny kondensator w formie tzw. butelki Lejdejskiej, która potrafi akumulować energię elektryczną, natomiast w 20 wieku Amerykański fizyk holenderskiego pochodzenia Robert J. Van de Graaff, skonstruował nowy rodzaj generatora elektrostatycznego.

W prostocie tkwi geniusz techniczny i maszyna elektrostatyczna Van de Graaffa składa się z dwóch ruchomych rolek, po których porusza się pas lateksowy i okrągłej metalowej czaszy, najczęściej kuli. Głównie od rozmiarów kuli zależy wysokość wytwarzanego napięcia, aczkolwiek napięcie można także zwiększyć, zwiększając odległość pomiędzy rolkami.

Generator Van de Graaffa wytwarza bardzo wysokie napięcie rzędu setek tysięcy a nawet milionów Voltów, lecz o małym natężeniu i ta ciekawa maszyna służyła fizykom nuklearnym, do nadawania cząstkom nuklearnym dużej energii kinetycznej, ale z biegiem czasu opracowano cyklotrony i generator Van de Graaffa stracił na znaczeniu. Generatory Van de Graaffa są obecnie używane jedynie w szkołach na zajęciach fizyki podczas których są demonstrowane ciekawe efekty elektrostatyczne np. ze stojącymi włosami.

Prawdopodobnie dawno temu na terenie obecnej Rosji, stały kolosalnych rozmiarów generatory Van de Graaffa, które wytwarzały energię elektryczną i ładowały połączone szeregowo dużych rozmiarów butelki Lejdena. Ta wymarła cywilizacja w jakiś zapomniany już sposób, potrafiła przetworzyć impuls elektryczny z butelek Lejdenowskich o bardzo dużym natężeniu, w użyteczne i niewyczerpalne źródło energii elektrycznej.

Do czasów współczesnych po wielkich generatorach Van de Graaffa pozostał trwały, aczkolwiek szczątkowy ślad w formie Rosyjskich cerkwi prawosławnych, zwieńczonych wspaniałymi złotymi kopułami.

Van de Graaf oraz van Musschenbroek nie wymyślili zatem nic nowego, albowiem ponowne wskrzeszenie tych dwóch ciekawych urządzeń elektrycznych, było możliwe za sprawą natchnienia duchowego, a raczej zdolności przywołania w sobie pamięci genetycznej o osiągnięciach technicznych naszych dawnych genialnych przodków, którzy zamieszkiwali onegdaj wielką Syberię.

Zasada działania generatora Van de Graafa jest stosunkowo prosta, i bardzo pomocna w zrozumieniu całego procesu wytwarzania energii elektrostatycznej przez to urządzenie, jest tabela trybo elektryczna. Tabela ilustruje zdolność z jaką rożne materiały tracą lub zyskują elektrony i to jest kwintesencja elektrostatyki.

Kluczowe elementy generatora a mianowicie pas i dwie rolki są elektrycznie neutralne i cała akcja elektrostatyczna zaczyna się po wprawieniu maszyny w ruch. W trakcie ruchu, rolka nylonowa traci elektrony na rzecz pasa lateksowego i nabiera wówczas bardzo silnego ładunku dodatniego, natomiast wewnętrzna strona pasa lateksowego staje się ujemna.

Rolka nylonowa wytwarza silne dodatnie pole elektryczne, które przyciąga elektrony. Elektrony wędrują z ziemi przez grzebień i pragną połączyć się z dodatnią rolką, lecz pomiędzy rolką a grzebieniem znajduje się pas. Elektrony są więc poddawane bardzo silnemu dodatniemu polu elektrycznemu, które nadaje im dużą siłę kinetyczną. Elektrony za sprawą silnego pola dodatniego wytwarzanego w rolce są dosłownie wstrzeliwane w struktury kowalencyjne lateksu i w trakcie tego procesu wytwarzają z powietrza plazmę, w formie pięknej niebieskiej poświaty. Warto dodać, że generator produkuje niewielkie napięcie nawet bez podłączenia z ziemią, lecz pełną moc osiąga dopiero po uziemieniu.

 

Naładowana ujemnie zewnętrzna i wewnętrzna strona pasa przesuwa się do góry i napotyka rolkę teflonową, która z łatwością wychwytuje wewnętrzne elektrony i staje się silnie ujemna. Naładowana ujemnie rolka teflonowa wytwarza silne ujemne pole elektryczne, które odpycha elektrony z zewnętrznej strony pasa. Wypchnięte elektrony wędrują przez górny grzebień do zbiornika (kuli) i przy okazji wytwarzają również plazmę. Maszyna Van de Graaffa jest w zasadzie pompą elektronów i ładunek elektrostatyczny zebrany przez sferę, może osiągnąć miliony volt.

Generatory Van de Graaffa własnej konstrukcji. Pracuję obecnie nad trzecim generatorem o znacznie większych gabarytach i lepszych osiągach. Blisko metrowej średnicy kula, będzie zamontowana na 2 metrowej kolumnie ze szkła akrylowego (pleksi).

 

 

 

 

 

W poszukiwaniu El Dorado

Na pograniczu Peru i Boliwii w dżungli Amazońskiej żyją niewielkich rozmiarów ptaki z rodziny zimorodkowatych, które wiją gniazda w położonych nad brzegami rzek, stromych ścianach skalnych i nie było by w tym nic dziwnego, ponieważ wiele gatunków ptaków gnieździ się w skałach, lecz te ptaki robią rzecz niemożliwą, na co zwrócił uwagę brytyjski podróżnik, archeolog i oficer Percival Harrison Fawcett. Amerykański dziennikarz David Grann w książce pt. „Zaginione miasto Z”, opisał Amazońskie przygody Fawcetta, który odnotował zaskakujący fakt, a mianowicie wejścia do gniazd są idealnie okrągłe i wyglądają jak dziuple wydrążone w drzewach, co wyklucza ich naturalne pochodzenie związane z atmosferyczną erozją skał.

Na pytanie w jaki sposób ptaki są w stanie stworzyć gniazda w twardej skale, P.H. Fawcett usłyszał od tubylców bardzo ciekawą historię, którą najpierw zlekceważył i uznał za bajkę, lecz niebawem Indianie opowiedzieli mu inną opowieść i stwierdził, że ma do czynienia z prawdą.

Z relacji naocznych świadków wynika więc, że ptak po wypatrzeniu optymalnego miejsca na założenie gniazda, przylatuje do skały z listkami w dziobie i następnie okrągłymi ruchami pociera liśćmi powierzchnię. Ptak powtarza tą czynność kilkanaście razy, po czym przylatuje w to samo miejsce już bez liści i z łatwością wydłubuje dziobem skałę tak jak by była z gliny. Po wydłubaniu wstępnego otworu, ptak ponownie zbiera liście, pociera nimi skałę i pogłębia wewnętrzną część dziury, aż będzie wystarczająco obszerna na założenie komfortowego gniazda.

Fawcett nie udziela szczegółowych informacji odnośnie nazwy rośliny z której pochodzą liście, niemniej tubylcy twierdzą że jest to niepozorna 30 centymetrowa roślina z ciemno czerwonymi liśćmi.

Liście zawierają zatem jakąś cudowną substancję uplastyczniającą skały i nie tylko, ponieważ według drugiej opowieści Indian, pewien farmer jechał na koniu przez las i w bliżej nie wyjaśnionych okolicznościach stracił konia i był zmuszony iść na pieszo parę kilometrów przez gęste zarośla, a na butach miał założone żelazne ostrogi. Po dojściu do celu farmer ku swojemu wielkiemu zdziwieniu spostrzegł, że jego ostrogi są w cząstkowym stanie i wyglądają jak by zostały rozpuszczone w kwasie.

P.H. Fawcett bazując na tych dwóch intrygujących historiach doszedł do wniosku, że liście tej niesamowitej rośliny mają coś wspólnego ze znajdującymi się w Peru i Boliwii tajemniczymi ruinami Inków, a dokładnie z ogromnymi murami obronnymi złożonych z wielkich kamiennych głazów. Ważące wiele ton ogromne kawałki skał zostały tak dokładnie obrobione, że każdy element muru pasuje do siebie idealnie.

Mury i inne antyczne budowle Inków składają się z tysiąca głazów o nieregularnych kształtach, ale przecież Inkowie nie znali żelaza w związku z tym, Fawcett wywnioskował, że do obróbki kamieni Inkowie używali liści wspomnianej rośliny, które rozpuszczali w wodzie lub innym płynie i po posmarowaniu krawędzi kamieni płynem, kamienie miękły i można było wtedy z łatwością formować dowolne kształty. Pozostaje jednak kluczowy dylemat z podnoszeniem i ustawianiem kolosalnych rozmiarów elementów muru na duże wysokości i skłaniam się ku teorii, że mur nie był ustawiany, lecz po prostu lepiony.

Proces budowy muru i innych obiektów polegał na polaniu płynem skał w podłożu, które miękły do konsystencji plasteliny, a następnie garść po garści plastyczną substancją skalistą Inkowie lepili mury, domy i świątynie. Prawdopodobnie słynne kryształowe czaszki znalezione w górach i dżunglach Ameryki południowej, były również formowane podobną techniką.

Percival H. Fawcett jak przystało na Brytyjczyka cechował się nienagannymi manierami i dzięki kurtuazyjnemu i przyjacielskiemu zachowaniu w stosunku do Indian zyskał ich zaufanie, które zaowocowało tą ciekawą opowieścią na temat cudownej rośliny rozpuszczającej skały.

Ostatnia ekspedycja Fawcetta z 1925 roku okazała się pechowa lub szczęśliwa, ponieważ Fawcett wraz ze swoim najstarszym synem i paroma innymi ludźmi udali się w dżunglę Amazońską w poszukiwaniu legendarnego zaginionego miasta Z, i ślad po nich zaginął. Być może znaleźli mityczne Eldorado, które próbowali już odnaleźć wcześniejsi Hiszpańscy konkwistadorzy? Lecz próby konkwistadorów okazały się płonne, gdyż konkwistadorzy szukali zysku i chciwość ich zgubiła, zaś Fawcett był dobrym człowiekiem i Indianie go kochali. Aczkolwiek legendy niektórych Indian Amazońskich mówią, że kraina szczęścia i dobrobytu znajduje się głęboko pod ziemią.

P.S.
Inteligencja ptaków jest zdumiewająca i najmądrzejsze ze wszystkich są krukowate tj. kruki, wrony, kawki, szpaki. Zdarzały się przypadki, że ludzie którzy dokarmiali te piękne czarne ptaki w zimę, otrzymywali od nich w podziękowaniu prezenty w formie szkiełek, kapselków, śrubek i innych lśniących kolorowych drobiazgów.