Baron Roman M. Max von Ungern – Sternberg

1„Bóg wojny”

Do czasu pokojowego w żadnym wypadku nie pasował. Jego istota tkwiła równocześnie w pustej przestrzeni między niebem i piekłem. Zdolny do czynów najwyższej szlachetności i dobroci, jak i do najbardziej ponurych. Nie miał żadnego stosunku do norm tej zmieszczeniałej planety. Ale jako syberyjski kondotier czynił cuda i będzie tam chyba przez stulecia żył w pieśniach nomadów, którymi dowodził.” – Herman Keyserling.

herb-ungern-sternbergowBaron Roman Mikołaj Maksymilian von Ungern – Sternberg urodził się 29 XII 1885 roku w Grazu w Austrii, w rodzinie niemieckich rycerzy. Sam twierdził, że jest potomkiem „krzyżowców i piratów”. Faktycznie, co najmniej dwóch jego przodków było rycerzami Zakonu Szpitala Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie ( Zakonu Krzyżackiego ) i polegli pod Grunwaldem w 1410 roku. Z czasem możni tego rodu, stali się podwładnymi Imperium Rosyjskiego. W służbie carskiej zginęło wielu członków rodziny barona Ungerna.

Koligacje rodzinne połączyły kilka możnych rodów, min. Habsburgów i Romanowów. Ponoć jego dziadek został buddystą, a później i on sam był zwolennikiem tegoż systemu filozoficznego. Major Antoni Aleksandrowicz, oficer polskiego pochodzenia z mongolskiej artylerii pisał, że „był buddystą i był owładnięty myślą utworzenia zakonu rycerskiego podobnego Zakonowi Krzyżackiemu i japońskiemu buszido.

Z postacią Barona Ungera-Sternberga związany jest znany Polski pisarz i podróżnik Ferdynand Antoni Ossendowski, który w stolicy Mongolii, Urdze poznaje Ungera i zostaje jego doradcą. Dokładne dane na temat roli, jaką Ossendowski odegrał w Mongolii, są okryte tajemnicą; była ona niewątpliwie dość istotna, sam jednak mówił na ten temat niechętnie. Istnieje teza, jakoby Ossendowski stał się depozytariuszem wiedzy o ogromnym skarbie, ukrytym przez „Krwawego Barona” Ungerna gdzieś w mongolskich stepach, a który miałby posłużyć do sfinansowania kolejnej wojny z komunistami. Swoje przygody w Mongolii Ossendowski opisał w pięknym dziele pt. „Przez kraj ludzi, bogów i zwierząt”. W rozmowie z Antonim F. Ossendowskim, baron Ungern mówił:

„– Imię moje jest otoczone taką nienawiścią i strachem, że nikt nie wie naprawdę, kim jestem, gdyż historię splątano z mitem, rzeczywistość z fantazją, prawdę z oszczerstwem. Kiedyś w swoich pamiętnikach opisze pan może tę podróż przez Mongolję i pobyt u „szalonego Ungerna”…

Spuścił powieki i, paląc papierosa, zaczął rzucać urywane zdania, śpiesząc się, nie kończąc słów, jak gdyby w obawie, że ktoś mu może przeszkodzić. – Ród Ungern von Sternbergów jest bardzo stary.  Mieszanina Niemców  z  Węgrami, Hannami  z  czasów  Attyli.  Moi wojowniczy przodkowie  uczestniczyli we  wszystkich wyprawach krzyżowych. Jeden z Ungernów zginął w Jeruzalem, walcząc pod sztandarami Ryszarda „Lwie Serce”, a nawet tragiczna wyprawa krzyżowa dzieci miała w liczbie swych ofiar  Ralfa  Ungerna,  jedenastoletniego  krzyżaka.  Gdy  na  kresy  wschodnie  imperium niemieckiego  posyłano  najśmielszych  i  najokrutniej  szych  rycerzy,  wśród  nich  był  mój przodek, Artur baron Halsa-Ungern-Sternberg. Na wschodzie obszarów niemieckich rycerze ci  założyli  zakon  Teutonów,  ogniem  i  mieczem  szerząc  chrześcijańską  naukę  o  miłości bliźniego wśród dzikich pogan: Litwinów, Estów i Słowian. Teutoński zakon rycerski zawszemiał  pośród  swoich  „braci”  przedstawicieli  mego  rodu.  Pod  Grunwaldem  zginęło  dwóch Ungern von Sternbergów. Ród mój, jak już wspomniałem, był wojowniczy i religijny, więc skłonny do mistycyzmu i ascetyzmu. W XVI i XVII wieku na ziemiach Estów i Łotyszów było kilku baronów Ungernów, po których pozostały stosy kronik z legendami i powieściami o ich życiu i czynach. Henryk Ungern, przezwany  „Toporem”,  był „błędnym  rycerzem”.

Turnieje  Francji,  Włoch,  Hiszpanji  i  Brytanji  znały  to  imię,  strachem  przejmujące  serca zapaśników.  Henryk  odznaczał  się  niezwykłą  sztuką  władania  toporem  bojowym.  Został zabity w Kadyksie przez rycerza maurytańskiego, który rozwalił mu czaszkę wraz z hełmem uderzeniem topora. Ralf Ungern, baron na Sternbergu, miał swoją siedzibę około gościńca pomiędzy Rewlem a Bygą i pod groźbą śmierci zmuszał wszystkich podróżników do płacenia mu daniny. Baron Piotr Ungern był właścicielem zamku na wyspie Dagö na Bałtyku, gdzie wybudował sobie całą flotylę okrętów żaglowych, które stały się postrachem i klęską dla kupców. Od tego przodka, rozbójnika morskiego, rozpoczęła się cała dynastja Ungernów, piratów i marynarzy, do których należę i ja. Wreszcie legendy znają jeszcze jednego barona mego nazwiska,  który  żył  na  schyłku  XVII  wieku.  Miał  na  imię  Wilhelm,  a  przydomek  „Brat Szatana”. Przydomek ten przysługiwał mu z tego powodu, iż baron byt alchemikiem i dawał w swoim domu przytułek wszystkim magom i czarownikom, prześladowanym w Europie za tajemne praktyki.

Wspomniałem już, że Piotr Ungern dał początek morskiej dynastji Ungernów. Potomkiem Piotra – pirata w prostej linji był mój dziad, który dopłynął na własnym żaglowcu aż do Oceanu Indyjskiego, gdzie zajmował się rabunkiem i rozbijaniem angielskich okrętów handlowych.  Do czasów bolszewickich w naszym pałacu przechowywały się wspaniałe, starożytne meble mahoniowe, zdobyte przez dziada na jednym z zatopionych przez niego okrętów. W ciągu kilku lat dziad mój operował bezkarnie na oceanie, lecz nareszcie Anglicy wzięli go do niewoli i oddali w ręce konsula rosyjskiego, który odesłał go do Petersburga. Tam go sądzono i zesłano na całe życie do Zabajkala. Taka jest moja łączność z Syberją Wschodnią. Z wykształcenia jestem marynarzem, gdyż ukończyłem szkołę kadetów morskich w Petersburgu, później zaś wstąpiłem do pułku kozaków zabajkalskich, w którym walczyłem najpierw z Japończykami, a później z Niemcami. W tej ostatniej wojnie zostałem odznaczony za waleczność oficerskim krzyżem ów. Jerzego. W czasie pokoju życie moje upływało na studjowaniu filozofji i buddyzmu. Dziad mój przywiózł z sobą z Indyj kajdany rosyjskie i indyjski buddyzm.  Ojciec mój również był wyznawcą buddyzmu i mnie go przekazał. Posiadam pismo, ofiarowane memu dziadowi przez jednego świętobliwego indyjskiego mahatmę – yoga; dzięki temu pismu miałem wstęp tam, dokąd chyba tylko Dalaj-Lama lub Taszy-Lama bywają dopuszczani przez kapłanów pierwotnego kultu Sakkya-Muni. W swoim czasie chciałem założyć zakon wojskowych buddystów do walki z rozpustą rewolucji…”

Baron ukończył gimnazjum w Rewlu i wstąpił do szkoły oficerskiej w Sankt-Petersburgu, skąd w 1909 roku, został oddelegowany do korpusu kozackiego stacjonującego w Czycie. W Czycie baron po sporze z innym oficerem wyzwał przeciwnika na pojedynek i ciężko go zranił. Sam także otrzymał ciężką ranę, w konsekwencji czego przez resztę życia cierpiał na silne bóle głowy, sprawiające że okresowo niemal tracił wzrok.

1 2 3 4

W wyniku pojedynku został usunięty z korpusu w lipcu 1910 roku i odtąd zaczęły się jego wędrówki po Syberii w towarzystwie tylko jednego kompana – psa myśliwskiego wabiącego się Misza. W jakiś sposób dostał się do Mongolii, której sądzone było stać się jego przeznaczeniem. Niezwykły, pustynny, dziki i surowy kraj oczarował Ungerna. W Mongolii Baronowi udało się wejść w bliski kontakt z żywym Buddą, z Bogdo Chanem, najwyższym dostojnikiem mongolskiego lamaizmu. W tym czasie Mongolia przeżywała odrodzenie nastrojów imperialnych i starała się wywalczyć niezależność od Chin W Urdze, stolicy Mongolii, silna osobowość Barona została szybko zauważona i Bogda Chan osobiście mianował go głównodowodzącym mongolską kawalerią. Korzystając z niepokojów i z rewolucji w samych Chinach, Mongołom udało się przepędzić z kraju chińskich okupantów i w 1911 roku, „żywy Budda” zaprowadził w Mongolii niezależny ustrój monarchiczny.

Wojenne zasługi Ungerna na służbie Bogdy Chana zostały docenione i stał się on osobą wielce poważaną w świecie mongolskim. Przed swoim wyjazdem z Mongolii, baron Ungern w towarzystwie swojego przyjaciela, księcia Dżam Bolona i za jego namową, odwiedził wieszczkę należącą do starego i poważanego rodu szamańskiego. W tym szczególnej wagi momencie wieszczka w stanie transowym odkryła przed Baronem tajemnicę jego duchowej natury:

Widzę Boga Wojny…

Jedzie na siwym koniu po naszych stepach i górach. Będziesz władał ogromnym terytorium, biały Bogu Wojny…

Widzę krew, dużo krwi…

Koń…

Dużo krwi…

Czerwonej krwi…

Więcej nic nie widzę. Biały Bóg Wojny zniknął.

W 1912 roku Ungern odwiedził Europę: Austrię, Niemcy, Francję. Wedle informacji zawartych w książce Krauthoffa Ich BefehleRozkazuję – w Paryżu spotkał i pokochał damę swojego serca, Danielle. Było to w przededniu pierwszej wojny światowej. Wierny swemu obowiązkowi stawienia się na wezwanie cara, baron zmuszony był wrócić do Rosji by podjąć służbę w szeregach armii cesarskiej. Do ojczyzny Ungern udał się wraz ze swą ukochaną Danielle. W Niemczech jednak groził mu areszt jako oficerowi wrogiej armii. Baron przedsięwziął nadzwyczaj ryzykowną podróż na barce przez Morze Bałtyckie. W czasie burzy maleńki statek uległ jednak zniszczeniu i dziewczyna zginęła. On sam uratował się niemal cudem. Od tej pory Baron nigdy już nie był taki jak wcześniej. Od tego momentu nie zwracał w ogóle uwagi na kobiety. Stał się we wszystkim skrajnie ascetyczny i niewiarygodnie, wręcz nieludzko surowy. Juliusz Evola w swojej recenzji książki Krauthoffa pisał: „Wielka strata wypaliła w nim wszystkie elementy ludzkie i od tej pory pozostała w nim tylko święta siła, stojąca wyżej niż życie i śmierć.” Wciągnął go wir wojny.

Z niezrównanym męstwem walczył z Austriakami, wielokrotnie był ranny i nagrodzono go Krzyżem Świętego Jerzego oraz Szpadą Honoru za męstwo i poświęcenie. Po rewolucji bolszewickiej Ungern jako jeden z pierwszych rozpoczął bezwzględną walkę przeciw czerwonym pod rozkazami atamana Siemionowa. W wojnie tej odznaczył się nieokiełznaną odwagą i nieugiętością, a także wielkim znawstwem taktyki wojskowej.

Stopniowo Ungern organizował swoją własną dywizję, złożoną z wiernych prawowitemu Carowi rosyjskich oficerów, kozaków i przedstawicieli narodów Syberii (szczególnie Buriatów). Jej pełna nazwa brzmiała Azjatycka Dywizja Konna. W oddziałach Ungerna panowała niewiarygodna, nieludzka dyscyplina. Za najmniejsze przewinienia w sposób najbardziej bezwzględny karano śmiercią.

W roku 1918, baron Ungern mianowany został komendantem Daurii, która pod jego rządami doczekała się miana „szubienicy Wschodu”. Wśród oficerów utarło się powiedzenie, że „nawet śmierć jest lepsza od barona”. Baron nienawidził bolszewików. Jeden z jego żołnierzy wspominał:

 „Agenci sprowadzali tysiącami bolszewików na sąd generała, który krótkim „Kończyć!” rozstrzygał los schwytanych. Trupy pokrywały gęsto okoliczne wzgórza.”

Antoni F. Ossendowski również opisywał jedno z takich zdarzeń:

 „Ungern nacisnął czapkę na głowę, schwycił swój nieodstępny „taszur” i wypadł z jurty. Wyszedłem za nim. Przed jurtą stali jeńcy, otoczeni przez uzbrojonych kozaków, zziajanych daleką i szybką jazdą. Baron zatrzymał się przed czerwonymi żołnierzami i przez kilka minut wpatrywał się w ich oczy, nie odrywając od nich wzroku. Na jego twarzy znać było ogromny wysiłek myśli i woli. Wreszcie odszedł, usiadł na progu jurty, zdjął czapkę i, utkwiwszy oczy w ziemię, jął mocno trzeć czoło. Nagle powstał i stanowczym krokiem zbliżył się do jeńców.

– Stań więcej na lewo – a ty na prawo… – rozkazywał baron jeńcom, z lekka uderzając każdego taszurem w prawe ramię. Dwóch przeszło na lewo, czterech na prawo.

– Zrewidować ubranie tych dwóch! – zakomenderował. – To są komisarze sowieccy!

Zwracając się zaś do czterech wylęknionych jeńców, stojących na prawo, rzekł do nich:

– A wy jesteście chłopami, zmobilizowanymi przez bolszewików.

– Wedle rozkazu, ekscelencjo!…  wrzasnęli jeńcy zupełnie nie  podług  dyscypliny bolszewickiej. – My nic ze swojej woli.

– Idźcie do komendanta i powiedzcie mu, że przyjmuję was do oddziału tybetańskiego – rzekł spokojnie baron.

Ucieszeni „bolszewicy” natychmiast opuścili podwórze strasznego generała. Tymczasem u dwóch  pozostałych  znaleziono  w  podszewce  cholew  paszporty  politycznych  komisarzy sowieckich. Baron nachmurzył czoło i, powoli wymawiając każde słowo, rzucił w przestrzeń rozkaz;

– Zatłuc ich kijami!”

Major Antoni Aleksandrowicz, oficer białych pochodzenia polskiego, będący instruktorem mongolskiej artylerii, pisał: „Baron Ungern był niezwykłym człowiekiem, niezwykle złożonym, tak z psychologicznego, jak i z politycznego punktu widzenia.

  • Widział w bolszewizmie wroga cywilizacji.
  • Gardził Rosjanami za to, że zdradzili swojego prawowitego władcę i nie zdołali zrzucić komunistycznego jarzma.
  • Spośród Rosjan wyróżniał jednak i obdarzał miłością chłopów i prostych żołnierzy, zawzięcie nienawidził zaś inteligencji.
  • Był buddystą i był owładnięty myślą utworzenia zakonu rycerskiego podobnego Zakonowi Krzyżackiemu i japońskiemu buszido.
  • Czynił starania dla zorganizowania wielkiej koalicji azjatyckiej, z pomocą której chciał zawojować Europę, aby nawrócić ją na nauki Buddy.
  • Utrzymywał kontakt z Dalajlamą i z azjatyckimi muzułmanami. Posiadał tytuł mongolskiego chana i godność „bonza”, wyświęconego w lamaizmie.
  • Był tak bezwzględny, jak może być tylko asceta. Całkowite odrzucenie emocji, które było dla niego charakterystyczne, można spotkać jedynie u istoty nie znającej ani bólu, ani radości, ani litości, ani smutku.
  • Był nadzwyczajnie inteligentny i posiadał rozległą wiedzę. Zdolności mediumiczne pozwalały mu dokładnie poznać naturę rozmówcy już w pierwszej minucie rozmowy.

To świadectwo o baronie Ungernie, pozostawione przez człowieka który służył pod jego rozkazami, opublikował w 1938 roku nie kto inny jak sam René Guénon na łamach głównego organu tradycjonalizmu – pisma „Etudes Traditionelles”.

W tym czasie Mongolia ponownie straciła niepodległość i jej stolica Urga faktycznie była okupowana przez wojska chińskie, aktywnie współpracujące z bolszewickimi agentami i prowokatorami działającymi pośród Mongołów. Bogda Chan, żywy Budda został umieszczony w areszcie domowym i z suwerennego władcy o szczególnej pozycji duchowej, władcy Wielkiej i Wolnej Mongolii stał się budzącym politowanie więźniem.

Także i biali przegrywali na wszystkich frontach. Po upadku Kołczaka tylko ataman Siemionow  i baron Ungern wciąż nieprzejednanie stawiali na wschodzie poważny opór. Naciskana ze wszystkich stron przez czerwonych Azjatycka Dywizja Konna wycofała się do Mongolii. W jej skład wchodzili przedstawiciele wielu narodów – zarówno europejskich, jak i azjatyckich. Utraciwszy Imperium Rosyjskie, bohaterowie Azjatyckiej Dywizji Konnej, wierni Zasadzie, szli by ustanowić Imperium Mongolskie.

Stopniowo u Ungerna rodzi się zuchwały plan geopolityczny – utworzyć w Azji, konkretnie zaś w Mongolii, unikalną strefę, wolną zarówno od wpływu bolszewickiego, jak i od obecności wojsk profańskiego Zachodu. Chodzi o osobny świat, gdzie obowiązywać będą najdawniejsze prawa Świętej Tradycji. Ungernowi znane były prace Saint Yvesa d’Alveydre’a i wiedział o istnieniu tajemnej podziemnej krainy Aggarthy, w której nie obowiązują reguły czasu i gdzie przebywa Władca Świata, Szakrawarti. Na podobieństwo dawnych templariuszy, którzy ochraniali nie tyle europejskich pątników przed Saracenami, ale przede wszystkim wielkie tajemnice duchowego poznania przed zwyrodniałym katolicyzmem i zsekularyzowaną monarchią francuską, Ungern rozmyśla o utworzeniu osobnej strefy, rozciągającej się pomiędzy świątyniami Tybetu, gdzie według podań znajduje się wejście do Aggarthy, a pozostałą częścią świata.

Nazwa Mongolii – Chalha – oznacza „Tarczę”. To dawna ojczyzna Dżyngis-chana, twórcy Imperium. Misją Mongolii jest służyć jako bariera wobec wściekłych hord owładniętego przez szatana apokaliptycznego człowieczeństwa – gogów i magogów bolszewizmu i demokracji, profańskiego świata. To właśnie tu trzeba ustanowić Tradycję i wydać walkę siłom Zachodu – tej cytadeli wynaturzeń, źródłu Zła. Losem mojego rodu było zdążanie na Wschód, w stronę Wschodzącego Słońca. Nie mam następców i sam doszedłem do wschodniej granicy Eurazji. Dalej już nie ma gdzie iść. Z tego magicznego punktu świętej geografii powinna zacząć się Wielka Restauracja… Chalha – święte stepy – Wielka Tarcza…

Ungern wkracza do Mongolii nie jako dowódca ostatniego oddziału rozgromionej przez czerwonych armii ale jako „bohater mityczny”, inkarnacja „Boga Wojny”, jako spełnienie przepowiedni szwedzkiego mistyka Svedenborga, który mówił że „tylko u mędrców eurazjatyckich stepów – Tatarii – Mongolii – znaleźć można Tajemne Słowo, klucz do zagadek sakralnych cyklów, a także oryginał mistycznego manuskryptu, dawno temu utraconego przez ludzkość, a znanego pod niezwykłym imieniem „Wojna Jehowy”…

Oddziały Ungerna podchodzą pod Urgę, zajętą przez Chińczyków 3 kwietnia 1920 roku Ungern rozkazał rozpocząć atak na bronione przez wielokrotnie przewyższający liczebnością wojska Barona chiński garnizon mongolskie miasto Urga. Dzięki szybkiej i zdecydowanej operacji, w której wziął też osobiście udział Ungern, grupie jego ludzi udało się uwolnić Bogdę Chana, żywego Buddę, którego strzegł liczny i dobrze uzbrojony chiński oddział. Następnie, Azjatycka Dywizja Konna, wraz ze wszystkimi oddziałami mongolskimi które przyłączyły się do Barona, napadła na Urgę. Było to błyskotliwe i nadzwyczaj ważne zwycięstwo. Tradycja i Porządek zostały w Mongolii ustanowione. Bogda Chan mianował Barona absolutnym dyktatorem Mongolii. Baron  Ungern był pierwszym Europejczykiem który otrzymał tytuł „Boga Wojny”, Chana-Czan-Czuna.

Nie tylko, był pierwszym Europejczykiem, który został „Bogiem Wojny”. Nie tylko, był słynny z odwagi i bezwzględności. Nie tylko, zasłynął z mordowania bolszewików i żydów odpowiedzialnych za rewolucję. Dzięki niemu, ulice Urgi pierwszy raz w historii oświetliły lampy elektryczne. Wznowił działalność kopalń i uruchomił fabryki. Bano się go, ale i kochano. W Urgdze, gdzie walczył o niepodległość Mongolii z Chińczykami, również wyróżniał się z tłumu. Wśród chińskich żołnierzy krążyła legenda o żołnierzu na białym koniu, którego nie dosięgają kule. Jeśli do tego dodamy, że lubił przechadzać się po wzgórzach w towarzystwie oswojonych wilków, to mamy już dość wyraźny obraz barona Romana von Ungern – Sternberga.

1 2 4 5

Bolszewicy nie mogli sobie pozwolić na wroga, z tak wielkim autorytetem. 35 Dywizja Armii Czerwonej, otrzymała rozkaz, aby „zaatakować oddział barona Ungerna, rozbić go i zniszczyć”. Po jakimś czasie „białe” oddziały Ungerna dały się zwabić w zasadzkę silnie uzbrojonego wroga, który przewyższał ich liczebnością. Około połowę z 4 tysięcy żołnierzy, baron Ungern zdołał wyciągnąć z rzezi. Bolszewicy oczywiście nie odpuścili, a wódz rewolucji, Lenin podjął decyzję o „wyzwoleniu” ( skąd my to znamy? ) Mongolii. Na Urgę ruszyło 10 tysięcy bolszewików…

Choć wojska Ungerna, jak wcześniej, dzierżyły mocno władzę w Mongolii, sytuacja wokół nich stawała się coraz bardziej złowieszcza. Bolszewicy zwyciężają na wszystkich frontach. Ungern gromadzi oficerów w swojej kwaterze głównej w Urdze i mówi:

– Panowie, złe wiadomości. Ataman Siemionow ustąpił z Czyty. Sowiecki generał Blücher – czerwona teutońska siła – właśnie zajął miasto; jego kwatera znajduje się w Wierchnieudińsku, tuż przy jeziorze Bajkał. Cała Syberia dostała się w ręce bolszewików.

– A Krym?

– Krymu już nie ma. Resztki armii Wrangla zbiegły na pokładach statków naszych zachodnich pseudosojuszników.

Sytuacja była prosta i śmiercionośna jak ostrze miecza. Baron podsumował jednym prostym zdaniem:

– Panowie, pozostała tylko jedna zachowująca zdolność bojową biała ramia: Pierwsza Azjatycka Dywizja Konna.

– Jesteśmy ostatni…

– To katastrofa.

– Nie, Borysie Iwanowiczu, to nie katastrofa – to honor.

Dla Ungerna honorem jest wierność. „Gdy wszyscy zdradzą, my pozostaniemy wierni, Nie zapomnimy, i nie wybaczymy,” – Powiedziała w innym ale podobnym kontekście przenikliwa współczesna poetka Savitri Devi Mukherji.

Zbierają się chmury. W książce Jeana Mabire o baronie Ungernie znajduje się opis ostatniego spotkania Ungerna z Bogda Chanem, zanim Chan Wojny na zawsze opuścił Urgę, by udać się na północ, na Syberię i wydać tam bolszewikom swój ostatni bój.

„Bogda Chan, Żywy Budda zajął swoje miejsce… Jego twarz ukryta za ciemnymi okularami była jak wcześniej nieprzenikniona, ale straszliwe zmęczenie dawało się poznać w całym jego wyglądzie; starzec z trudem powstrzymywał nerwowe drżenie.

Ogromny tron z wielkim, złoconym zagłówkiem, zawalony żółtymi jedwabnymi poduszkami. Ungern się ukłonił. Rozejrzał się. Baron nie zamierzał przedłużać sprawy i ograniczył się do poinformowania o podjętej decyzji:

– Za kilka dni wyjeżdżam z Mongolii. Udaję się na Zabajkale, by walczyć z naszymi wspólnymi wrogami  – z czerwonymi. Wasz kraj jest już wolny i jego synowie, rozsiani po całym świecie, powinni powrócić do ojczyzny. Wkrótce imperium Dżyngis-chana się odrodzi. Powinniście obronić wywalczoną wolność. 

W duszy jego rozmówcy szalała jednak burza: bez pomocy Ungerna był nikim – po prostu ślepym starcem, niezdolnym przepędzić z kraju młodych rewolucjonistów – Suche-Batora i Czojbolsana. Bogda Chan poprosił Ungerna, by przeszedł z nim do jego gabinetu, by mogli porozmawiać sam na sam.

bogda-chanBogda Chan podszedł do sejfu, wyraźnie odróżniającego się na tle wschodniego wystroju pokoju. Długo mocował się z zamkiem. W końcu ciężkie drzwi powoli się otworzyły… Bogda Chan zdjął z metalowej półki szkatułkę z kości słoniowej. W środku był rubinowy pierścień ze znakiem słońca Hackenkreuz, symbolem starożytnych aryjskich zdobywców.

– Dżyngis-chan nigdy nie zdejmował go z prawej ręki.

Roman Fiodorowicz von Ungern-Sternberg patrzył oszołomiony na skarb. Jak we śnie wyciągnął rękę w stronę Bogdy Chana. Starzec drżał, z trudem udało mu się naciągnąć na palec Barona pierścień wielkiego zdobywcy. Żywy Budda pobłogosławił Ungerna: położywszy mu ręce na głowie, powiedział:

Nie umrzesz: odrodzisz się w najdoskonalszej formie bycia. Zapamiętaj to, żywy bogu wojny, chanie obiecanej ci Mongolii.

Ungernowi wydawało się, że pierścień pali mu rękę.

Książę Mongolii i wierny namiestnik Bogdy Chana wychodził z pałacu Nogon Orga. Lamowie rozstępowali się przed nim, i, głośno pobrzękując ostrogami, Ungern szybko przemierzał korytarze. Nie obejrzawszy się ani razu, wyszedł z pałacu i bezsilnie rzucił się na tylne siedzenie samochodu.

– Do sztabu, powiedział Makajewowi.

Baron czuł, że krąg się zamyka.

Oddział Ungerna znowu wkracza na rosyjską ziemię. Teraz to już jednak nie wojna, lecz działania partyzanckie. Tym niemniej, Ungern stale wprawia czerwonych w poważne zaniepokojenie. Pojawia się to tu, to tam, niespodziewanie, błyskawicznie, raptownie, zostawiając za sobą zniszczenie, zagładę i śmierć. Dla niego – Boga Wojny – to naturalne. Do walki z nim wysłane zostają najlepsze oddziały Armii Czerwonej na Syberii, za całą operację osobiście odpowiada Blücher.

Ale to już agonia. W świecie materialnym wszystko rakowacieje. Poza tym, Ungern zanurza się w inną rzeczywistość, widzi obrazy tryumfu i zwycięstwa, spełnienia najskrytszych marzeń. Niedostrzegalnie wkracza w odmienny, subtelny wymiar, który mieszać się zaczyna ze zwyczajną rzeczywistością. Jego podwładni coraz wyraźniej zaczynają rozumieć, że ich dowódca oszalał.

Ungern wstał, przyniósł mapy, rozwinął je. Położywszy jedną na trawie, bambusową laską nakreślił trasę wyobrażonej marszruty, i powiedział zwracając się do swojego wiernego pomocnika, generała Rezuchina:

– Użyjcie wyobraźni, Borysie Iwanowiczu. Przemieszczamy się w górę Selengi. Tym gorzej dla Urgi. Trzeba wybierać. W zachodniej Mongolii ukrywają się resztki białych armii. Nie wszyscy kozacy i atamanowie poginęli. Razem idziemy dalej na zachód. Teraz jesteśmy na Ałtaju. Góry, pieczary, jaskinie, pasterze wciąż jeszcze wierzący we wcielonego boga wojny. Bez trudu przekroczymy zachodnią granicę Turkiestanu.

– W Syn-Tzanie aresztują cię Chińczycy.

– Szybko się z nimi uporamy i pójdziemy dalej. Na południe. Musimy przejść przez całe Chiny. Przeraża cię taka perspektywa, Borysie Iwanowiczu? Ale ten kraj się rozpada, rewolucja jest tam w swoim apogeum. Jedynymi, na których możemy się natknąć to tchórzliwi dezerterzy i maruderzy. Zaledwie jakieś tysiąc kilometrów i – jesteśmy w niezdobytej twierdzy. I możemy zacząć wszystko od początku. Absolutnie wszystko.

– Tybet?

– Tak. Dach Świata. W Lhasie jest Dalajlama, najwyższy buddyjski kapłan. W porównaniu z nim Bogda Chan zajmuje trzeci stopień w hierarchii. Pomyliłem się już na początku: centrum Azji nie znajduje się bynajmniej w Mongolii. Ona jest tylko najbardziej zewnętrznym kręgiem – Tarczą. Musimy iść do Tybetu…

Nieustannie uderzał bambusową laską tam, gdzie były najwyższe szczyty Himalajów.

– Tam, na szczytach znajdziemy ludzi, którzy jeszcze nie zapomnieli swoich aryjskich przodków. Tam, na przyprawiającej o zawrót głowy granicy Indii i Chin, odrodzi się moje imperium. Będziemy mówić sanskrytem i żyć wedle zasad „Rig-Wedy”. Przywrócimy prawa, o których zapomniano w Europie. I na nowo zajaśnieje światło Północy. Wieczne prawo, nurzając się w wodach Gangesu i Morza Śródziemnego, zatryumfuje.

Baron podniósł się. Jego oczy błyszczały. Zachrypnięty głos rwał się. Zapadłe z wycieńczenia policzki pokrywała jasna szczecina. Odrzucił włosy z czoła, odsłaniając czoło wielkich rozmiarów. Samotny i wątły dowódca pochłoniętego przez mroki wieków narodu. Kontynuował:

– Zakon mój powstanie na wierzchołkach gór. Pomiędzy Nepalem a Tybetem otworzę szkołę, w której będę uczył o sile, która potrzebna jest bardziej, niż mądrość.

Z gorączkowo błyszczącymi oczyma wykrzyknął:

– Wszystko gotowe! Czekają na mnie w Lhasie! Odkryję sekret run przyniesionych z północy i ukrytych w tajemnych miejscach świątyń. Mój zakon mnichów-wojowników przekształci się w  armię, jakiej świat jeszcze nie widział. I Azja, i Europa, i Ameryka będą przy niej niczym…

– Nie, Romanie Fiodorowiczu, nie.

Baron wzdrygnął się i spojrzał na niego. Wydawać by się mogło, że owo „nie” niespodziewanie zburzyło jego marzenie: zupełnie jak niespodziewanie spadająca lawina zmiata ukrytą nad  krawędzią skały buddyjską świątynię,  i spada ona w przepaść wraz z młynkami do modlitwy i bonzami w szafranowych odzieniach.

– Nie potrafię zrozumieć twoich planów. – wyjaśnił Rezuchin. – Znam tylko jedną armię – carską. I tylko jedną religię – chrześcijaństwo. Ale nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że nigdy nie dojdziemy do Lhasy. Popatrz na mapę. Nie uda nam się przejść chińskiego Turkiestanu. Tymczasem Mandżuria jest o dwa kroki od nas. Wystarczy tylko chcieć i pójść na wschód.

– Nigdy! – wykrzyknął baron, – tylko Tybet…

Ungern został niemal sam. Towarzyszył mu tylko maleńki krąg tych, którzy nie zginęli i pozostali mu wierni. Dla kogo, tak jak dla niego, wierność jest honorem. Ungern jedzie ku wzgórzom Ałtaju na ulubionej kobyle Maszy i zatapia się w wizjach…

Nad klasztorem-twierdzą powiewa zloty sztandar z podkową i słonecznym znakiem Dżyngis-Chana. Fale Morza Bałtyckiego rozbijają się o masyw Tybetu. Wspinaczka, wieczna wspinaczka na Dach Świata, gdzie rządzą światło i siła. Wspinaczka…”  

Siwy koń potknął się o kamień. I marzenie prysło, pochłonięte przez pył unoszący się ze spieczonej ziemi.

Marzenia Boga Wojny… Przeczucie tego, co zdarzyć się musi – nie teraz, ale w innym obrocie koła Wiecznego Powrotu… Ten, kto żył naprawdę, nigdy nie doświadcza śmierci…

Rok 1921. Koniec. Zdrada. Ungern zostaje schwytany przez Czerwonych. Generał Blücher rozkazał w przypadku aresztowania Ungerna obchodzić się z nim „jak z sowieckim oficerem”. Czerwonogwardziści odwieźli go do kwatery dowództwa kompanii przy rewolucyjnej radzie wojennej Jeniseju.

Blücher szybko spotyka się z nim, proponując przejście na stronę bolszewików. Obydwaj rozmawiają po niemiecku. Blücher mówi o eurazjatach, o narodowym bolszewizmie, o odrębnym nacjonalistycznym nurcie w kierownictwie sowieckim, które choć na zewnątrz kryje się pod „frazeologią marksistowską”, w rzeczywistości jednak dąży do utworzenia ogromnego kontynentalnego tradycjonalistycznego państwa, nie tylko w granicach Mongolii, ale w całej Eurazji… Blücher obiecuje baronowi pełną amnestię i wysokie stanowisko. Wówczas już, w tajnej podjednostce OGPU na czele której stał martynista Gleb Boki, trwały prace nad przygotowaniem ekspedycji do Tybetu oraz duchowego przeobrażenia bolszewizmu w jakiegoś rodzaju nowy, spirytualny byt…

1 2 3 4

Baron Ungern odpowiada odmownie na wszystkie propozycje. Przynajmniej tak mówi oficjalna historia. W Nowonikołajewsku urządzono pokazowy proces barona Ungerna – Sternberga. Po wydaniu wyroku, za próbę obalenia rewolucyjnej władzy bolszewików 15 września 1921 roku, baron został rozstrzelany. Umarł Bóg Wojny… Ale czy bogowie w ogóle umierają? – zapytacie z niedowierzaniem, i będziecie mieć całkowitą rację. Oni mogą odejść, ale umrzeć nie mogą.

 Do dziś w religijnych kręgach mongolskich i buriackich krąży następujące podanie:

„Z północy nadszedł biały wojownik i poderwał Mongołów, wzywając ich by zerwali niewolnicze łańcuchy, skuwające ich swobodną ziemię. W tego białego wojownika wcielił się Dżyngis-chan, i przepowiedział on nadejście jeszcze większego od siebie…”

Chodzi o Dziesiątego Awatara, Mściciela, Tryumfatora, Groźnego Sędziego. Różne tradycje nazywają go różnymi imionami. Nie zmienia to jednak istoty rzeczy. Klęska „naszych” to tylko eschatologiczna iluzja. Poddawanie się jej jest niemoralne. Naszym zadaniem jest wytrwać do końca. Nieważne że przegramy wszyscy do ostatniego i stracimy wszystko co jeszcze można stracić… Naszym honorem jest Wierność.

3Rzucić wyzwanie przeznaczeniu ciemnych wieków – w samym tym geście zawiera się już najwyższa nagroda. A nieco później nadciągną też i mściciele…Ostatni Batalion…Okrutne Łowy Jednego…Siła „naszych”. Ze złotym sztandarem, na którym lśni czarna runa UR – znak Kosmicznej Północy – osobisty sztandar Boga Wojny, barona Romana Fiodorowicza Ungern – Sternberga. Zwiastuna Awatara.

Postscriptum

Piotr Wrangler, generał porucznik armii Imperium Rosyjskiego, tak opisuje barona Ungera – Sternberga:

„Średniego wzrostu blondyn, chudy i pozornie wątły, ale żelaznego zdrowia i energii, Ungern żyje wojną. Nie jest to oficer w powszechnie przyjętym znaczeniu tego słowa, jak że nie tylko nie zna najbardziej elementarnych przepisów i podstawowych zasad służby, ale nieustannie popełnia wykroczenia zarówno przeciwko dyscyplinie zewnętrznej, jak i wychowaniu wojskowemu – jest to typ partyzanta amatora, łowcy tropiciela śladów z powieści Mayne – Reida. Obszarpany i brudny, śpi zawsze na podłodze, wśród Kozaków z sotni, jada ze wspólnego kotła i mimo, że wychowany w dostatku i komforcie, robi wrażenie człowieka, któremu zupełnie na nich nie zależy. Na próżno próbowałem przekonać go o konieczności zadbania przynajmniej o wygląd zewnętrzny”.

Inny ważny oficer armii Carskiej Władimir Aleksandrowicz Kislicyn, takimi słowami wspomina Ungera – Sternberga:

Często się zdarzało, że siedział ze mną do czasu, aż przyszła moja żona lub inna dama. Po ich przybyciu starał się jak najszybciej pożegnać i wyjść; nie znosił towarzystwa kobiet”.

Natomiast Antoni Ferdynand Ossendowski w książce pt. „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów”, przytacza słowa Ungera – Sternberga na temat rewolucji komunistycznej:

„Miałem zamiar założyć w Rosji zakon wojskowy buddystów. Po co? – Dla obrony moralnej ewolucji ludzkości od zgubnych wpływów rewolucji, gdyż jestem tego zdania, że postęp ewolucyjny prowadzi do ideału, tj. bóstwa, rewolucja zaś po gwałtownym skoku naprzód wstrzymuje rozwój i prowadzi wstecz do zezwierzęcenia”.

 

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s